Happypencil zbiór przeźroczy i przedmiotów zdobytych w trakcie nekronowych fluktuacji, cenne portale Darkworlds nekronowe inspiracje i elementy pozagrobowo-schizoidalne Mypetskeleton przecudniaste przeźrocza nekronowe Vincenta Marcone 99rooms portal w schizoindustrialtrip Samorost Niezwykle cenny microwszechświat z czeskich głów Nekroapologus Nekronowe bajki o dawno zmarłych bohaterach neuronowego dzieciństwa Neurocoma Kolejny blog neuronowy, filtr i śpiączkowy pryzmat realu Teacher in Japan English teacher w strefie Kawaii, cenne perełki obserwacyjne, Kwitnące Wiśnie Rupiblog Miś o wielu twarzach, poddany rozlicznym torturom - głaskany niekiedy Salad Fingers Przyjaciel... na otarcie łez po śmierci Psa Pankracego Daily Recycling popkulturowy, jęki, stęki, verdana. Reaktywowany ostatnio Bezmajtek Ostatnie podrygi dziewczęcej ostrygi Poczytajmimamo Seksistowsko androgeniczno-samczy przekaz dialogowy. Ale już zaschnięty. Siostry M Nowatorski w swej formie, ilustrowany przekaz cennych obserwacji pięknych i młodych Sióstr M. Neuron Własny, podstawowy blog neuronowy - nostalgiczne elementy pisarskie sprzed lat wielu |
nekroneuronPodziękowania + wyjaśnienia Szanowni Państwo! Przede wszystkim dziękuję serdecznie tym wszystkim, którzy tu zawitali i którzy na sekundkę powrócili. Winien Wam jestem wyjaśnienia. >Nekron Ekspres< został ukończony w listopadzie 2007 roku. Oczywiście uległ olbrzymim poprawkom stylistyczno-gramatycznym. Wywaliłem mrowie niepotrzebnych zaimków, poprawiłem gigantyczną liczbę zdań. Niestety, pomimo zapewnień i szczerych chęci ze strony zainteresowanych osób, tak się życie ułożyło, iż całość musiałem redagować sam. Wiadomo jak to jest - swoje teksty poprawia się najtrudniej... Szukałem kogoś, kogo mógłbym wynająć do zredagowania powieści, ale nikogo takiego (a przynajmiej w ludzkiej cenie) nie znalazłem. >NE< (a w zasadzie fragmenty) zostały przesłane w listopadzie do jednego z popularnych wydawnictw. Niestety, już na samym wstępie powiedziano mi, że półki uginają się od przysyłanych powieści i redaktorka nie ma kiedy ich nawet czytać. W dodatku okazało się, że wysłane próbki maszynopisu (plus szczegółowy konspekt) zaginęły na poczcie. Chciałbym wierzyć, że był to efekt zaczytania się jakiegoś listonosza... :) Próbki >NE< zostały zatem wysłane ponownie, pod koniec stycznia (!) 2008 roku i zostały dostarczone do rąk redaktora. Ponieważ zapowiedziałem, że nie będę męczył telefonami, nie dzwoniłem w tej sprawie do tej pory. Na początku czerwca wysłałem tylko e-maila, prosząc o odpowiedź "Tak" lub "Nie" bez konieczności tłumaczenia ew. negatywnej decyzji (jako pesymista z chęcią wiary w optymizm, mam rzecz jasna negatywne przekonania). Jeśli sprawa się nie przepchnie nie pozostanie mi oczywiście nic innego, jak ponowne przesłanie powieści do innego wydawnictwa - ale tym razem już po nie moich, a kogoś innego (wynajętego?) poprawkach (a raczej profesjonalnej redakcji). Nieco to zabawne bo nie licząc Siostry M., Rupiego, kilku odwiedzających tę stronę, mego Brata plus jednego kumpla nikt nie wie, że napisałem sobie książkę. Chyba tak jest lepiej - po co mowić o czymś, co może nigdy nie zawitać pod strzechy... Ale tak jest lepiej. Sieć jest pełna twórców, niektórzy mają na swoim koncie grube tomy... i nic z tego realnie nie wynika. Są też oszołomy, które chcąc zaszczycić świat swymi tworami, wydają je na własny koszt... do takich narcyzów/desperatów ja się nie zaliczam. Nawet gdyby rzecz została wydana, to i tak wylądowałaby pod pseudonimem. Pozostaje mi Was tylko prosić o trzymanie kciuków... Pozdrawiam serdecznie, Neuron 2008-06-25 13:29:49 skomentuj (0) ....wstawka konfiguracyjno-rozterkowa Witam Państwa serdecznie! Dziękuję tym wszystkim, którzy zawitali na moim "prozoblogu". W tej chwili, Nekron Ekspres, bo tak nazywa się czytane (hhahah przez nielicznych oczywiście) "dzieło" jest już na ukończeniu. Napisany jest już nawet ostatni rozdział. Obecnie trwa owe kończenie a potem zostaną wprowadzone liczne i konieczne poprawki do całości. Zastanawiam się wobec tego, czy lepiej dać sobie spokój z prozoblogiem i skończyć całość szybko, czy nadal zamieszczać wpisy - choć przecież będą się one różnić od ukończonej całości. A na razie dziękuję tym wszystkim, którzy tu zawitali... Trzymajcie kciuki, bym mógł zrealizować dalsze plany co do Nekron Ekspresu... Neuron 2007-08-11 10:10:49 skomentuj (2) XIV. Emerp Dullingel To było nieuniknione. Choć wolałbym by spotkało to mnie, a nie jego. Ciało lepiło mu się od błękitnawej, półopegowej krwi. Oczy były otwarte i szkliste. Nie oddychał już martwym powietrzem. Leżąc z tyłu jeepa podskakiwał jak lalka odziana w opegowy, biały fartuch związany tysiącem białych rzemyków. Wszystko odbyło się szybko. Nekronowe szczęście zdawało się nam sprzyjać. Kontrolka paliwowa jeepa pokazywała połowę baku. Ruszyłem nagle, z niepokojącym charkotem. Kerkoma zaklęła: z podziwu a może z zaskoczenia. Spod grubych opon trysnęły odłamki gruzu. Silnik rzęził – zapomniałem wrzucić drugiego biegu. Zrobiłem to, gdy byli już blisko. Izolanci. Pozostawiając za sobą nadchodzące tornado minąłem ich wykrzywione sylwetki. Jeden z nich – chłopiec bez nogi, usiłował uczepić się boku wozu. Skręcałem wtedy w prawo, próbując wjechać w powrotną ulicę. Złapał się więc przez moment za klamkę i próbował się wspiąć: widziałem jego wytrzeszczone, puste oczy i wykrzywioną nienaturalnie twarz. Jęczał, a może syczał. Potem odpadł. Wrzuciłem trójkę i pognałem do przodu. Dwa razy o mało nie przewróciłem się na bok. Droga była solidnie zaśmiecona. Widziałem już jej wylot i odległe rondo. Wrzuciłem czwórkę – teraz jechałem naprawdę szybko. Dostrzegłem też co się dzieje i fakt, że jest już za późno. Na rondzie stał Inqvisitor z Miasta Szaleństwa. Z tej odległości wyglądał jak czarna, odziana w obszerny i poszarpany płaszcz zjawa. Wyciągał przed siebie półmechaniczne ramię, zakończone czarną, grubą rękawicą. Stał przed nim Emerp: cofał się, usiłując ochronić mojego ojca. Rozglądał się nerwowo na boki, schylał się, by go postawić na ziemi. Ale wysłannik Ślepego Urzędu nie czekał na efekt jego starań. Z rękawicy wystrzeliły trzy, zakończone hakami łańcuchy. Emerp musiał krzyknąć – nie słyszałem tego. Widziałem tylko, jak żelazne sznury wbijają mu się w klatkę piersiową i brzuch. W ostatniej chwili odrzucił kota: Tyhleg odskoczył na bok z podniesionym w górę ogonem. Ciało Dullingela odpadło do tyłu i zgięło się w pałąk, by szarpnąć się zaraz do przodu wskutek wciąganych z powrotem łańcuchów. Pomyślałem, nie wiedzieć czemu: dlaczego tak mało jest krwi? A potem wjechałem w Inqvisitora. Jeep walnął w niego centralnie, niczym w telegraficzny słup. Usłyszałem huk i złowieszczy łoskot. W ostatniej chwili wysłannik Prezydenta odwrócił się w moją stronę. Przed oczami mignęła mi jego maska. Wciąż jechałem do przodu, a on wciąż próbował wspiąć się na przednią szybę. Droga była jednak pełna gruzów i to pomogło we wciągnięciu go pod koła. Jeep podskoczył. Potem cofnąłem wóz, by przejechać po nim ponownie. Gdy spojrzałem na leżące ciało, nie poruszało się już nie licząc repulsacyjnych wyładowań. Powoli podjechałem do ronda i zatrzymałem pojazd. Emerp wciąż jeszcze bytował. Rozglądał się na boki niemiłosiernie się trzęsąc, kaszlał błękitną krwią. Nie chodziło mu o Adelię: ta stała tuż obok, nieruchoma jak posąg. Doktora Krafta nie było. Pomyślałem, że wybrał sobie możliwie najgorszy moment by zniknąć. – K...kot... – wyrzęził Emerp. Nachyliłem się nad nim. Kerkoma krzyczała coś wściekle o konieczności pośpiechu. – Nic mu nie będzie. Uratowałeś go – powiedziałem. Dullingel spojrzał na mnie nieprzytomnie. Wstrząsał nim potworny dreszcz. – Przepra... przepraszam – powiedział szeptem. Pokręciłem głową. – Nie musisz przepraszać, Emerp. Wszystko będzie w porządku. Wyjedziemy z Elementów i zrekonfigurujesz się... zobaczysz. – Ja... powiesz jej? – Tak, powiem – powiedziałem. – Wytrzymaj, Emerp. Nic ci nie będzie. – Ona... – wyszeptał. – Dziecko. Inny... Nekron. Zabierz... uratuj. Patrzyłem na niego bez słowa. Kerkoma Kloka wysiadła z samochodu. Wiedziałem co powie. Modliłem się, by nic nie mówiła. Dullingel uniósł rękę. Złapał mnie, oddychając ciężko. Coś szepnął. Krzyknął prawie: rozpaczliwie, samotnie. A potem umarł. -+-+-+-+-+- Jechaliśmy przez Elementy Zero w ciszy, razem z jego ciałem. Nie dbałem o to, że Adelia siedzi z nim z tyłu. Wyglądała jak wyłączony automat, któremu wykasował się program. Jeżeli jej celem było odzyskanie Emerpa, nie miała już celu. W tej perspektywie była tak samo martwa jak on. Milczała nawet Kloka, choć gdy zabierałem ciało Dullingela spojrzała na mnie jak na wariata. Wiedziałem, tak jak i ona, że nie było szans na rekonstrukcję. Emerp miał stać się bytem widmowym. Taka była cena za jego śmierć w Elementach Zero. Nic nie mogło mnie jednak powtrzymać przed pogrzebaniem jego ciała. – Ciągle jest szansa... – odezwałem się do siebie. Ale szansy nie było. Odbytowanie nastąpiło zbyt szybko i zbyt okrutnie w strefie, w której nigdy nie powinno się to stać. Nie było też czasu, by nad tym się zastanawiać. Im bardziej oddaliśmy się od Gubertagimdaszt i od czarnego wichru, tym więcej widziałem Izolantów. Widmowe byty były niemal wszędzie. Targane wiatrem przesuwały się w cieniu ruin i rozsypujących się kamienic. Wyjeżdżając z dróg wewnętrznych miasta, wbiłem się na zapchaną samochodami, szeroką ulicę. Tu trzeba już było lawirować. Kilka razy uderzyłem niebezpiecznie w skorupy wozów. – Którędy?! – krzyknąłem. – Neguj, słyszysz?! Masz negować! Adelia nie odpowiedziała: swoimi wrzaskami wystraszyłem jedynie leżącego pod przednią szybą ojca, który spojrzał na mnie z oburzeniem. – Zginął przez nas, Szpajcer – powiedziałem. – I przez ciebie. Droga wiodła nas w kierunku wiszącego nad wyschniętą rzeką, mostu z wykrzywionymi pylonami. Po drugiej stronie Konstrukcje zdawały się być rzadsze – być może zbliżaliśmy się do wyjścia. Jakby na zawołanie, Izolanci, do tej pory nie reagujący zbyt szybko na jadącego jeepa zaczęli się nami bardziej interesować. Coraz więcej było ich na drodze: przejeżdżałem widmowe ciała bez żadnej litości. W kilku wypadkach odczułem gwałtowny opór: zogniskowali najwidoczniej swą wolę, by zatrzymać samochód. Rozpędzałem się, coraz bardziej przerażony. Byli wszędzie. Konstrukcje z całym swoim wymarłym wyglądem, tętniły sztucznym życiem. Niektórzy z Izolantów wdrapywali się jak muchy na budynki, inni unosili się lekko w powietrzu. Widziałem dziewczynkę pchającą przed sobą zniszczony wózek. Sunął za nią nagi mężczyzna z głową odwróconą o 180 stopni. Widziałem grupę dzieci w szkolnych mudnurkach: z daleka wyglądały prawie normalnie. Wielu było starców: zapewne byłych suchowców z Gubertagimdaszt. Ich skóra była szara i nieco błękitna. Te dwa kolory dominowały w wyglądzie wielu z widmowych bytów. Częśc miała też na ciele widoczne rany. Kiedy je widziałem, szybko odwracałem wzrok. Tam mogła być moja żona – tam mógł być Emerp. Próbowałem o tym nie myśleć. Zamiast tego wjechałem na most. – Prosto – odezwała się Adelia. Jej głos, o ile mogło być to możliwe, brzmiał jeszcze bardziej sucho i obco. Dyktowała mi trasę niczym automat. – A jednak jeszcze bytujesz – stwierdziłem, dodając gazu. Nie było nic więcej do dodania. – Gdzie zniknął doktor Kraft? Odszedł? Zostawił was? Nie odpowiedziała. Droga przed nami była zajęta przez trupy samochodów. Uderzyłem w wąski przesmyk torując sobie przejście. I zobaczyłem, że tu kończy się nasza podróż. Zjazd z mostu blokował tłum Izolantów. Może było ich stu, może więcej. Opalizowali w sztucznym półmroku Elementów Zero, oddychali wszędobylską mgłą. Część nie wyglądała jak ludzie: raczej jak zdeformowane, udające byt ludzki zwierzęta. Przed oczami przeleciały mi migawki: wysoka kobieta otulona żyjącymi włosami, grubas na inwalidzkim wózku z połową twarzy, łyse dziecko siedzące na grzbiecie garbatego starca. Tłum falował, wpatrując się w nadjeżdżającego jeepa. – To ma być negacja? Co teraz?! – krzyknąłem. – Negacja Konstrukcji Elementów Zero wytacza najktrótszą trasę do opuszczenia tej strefy – oznajmiła Adelia Szpajcer. – Trasa z dala od izolanckich bytów nie jest trasą opuszczającą, lecz kieruje się w stronę Gubertagimdaszt. Została wybrana trasa przeciwna. – Jedź! – krzyknęła Kerkoma. Chyba zaśmiałem się martwo, ale nacisnąłem pedał do oporu i wrzuciłem piątkę. Gotowało się tam: Izolanci wyraźnie się ożywili. Mała grupka: stary klown, prześwitujący szkielet z rozwianym siwym włosem, troje dzieci bez oczu – wybiegła przed tłum nie mogąc doczekać się spotkania. Nie zamykałem oczu czekając na uderzenie. Kątem oka dojrzałem Klokę: po raz pierwszy na jej dziecięcej twarzycce dostrzegłem strach. Nie dbając już o nic, wbiłem się jeepem w widma jak w zakrzepłą zupę. Wóz zatrząsł się, lecz nie stanął. Zawodzący Izolanci wpadali pod rozpędzone koła. Spora część uczepiła się jeepa, który zaczął niebezpiecznie zwalniać. Włączyłem czwórkę i dodałem gazu. Silnik zajęczał jak zarzynany, lecz parłem do przodu. Uderzyli w prawą szybę obok siedzenia Kloki. Szkło pękło: na jurysdyktorkę posypał się deszcz okruchów. Jeden z Izolantów grzebał się przez otwór: rozkładająca się twarz szalonego starca. Kerkoma wbiła mu w widmową czaszkę swój szpikulec. Odpadł do tyłu, wrzeszcząc jakby w zwolnionym tempie. Co najmniej trzy izolanckie byty wdrapały się na maskę. Kobieta w zwiewnej, nocnej koszuli, pełnych piersiach i zębach wyglądających na stalowe urwała jedną z wycieraczek. Skręciłem w lewo a potem w prawo. Odpadła, ale zostało jeszcze dwoje: jeden wyglądający jak po śmierci głodowej trzymał się maski bardzo chudymi ramionami i drugi, uderzający w okno po mojej stronie dłonią o połamanych paznokciach. Przerwaliśmy największą linię oporu. Izolanci wisieli jednak po bokach wozu: widziałem ich we wstecznych lusterkach. Mogli być też z tyłu. Część odpadła na wybojach. Skręciłem zgodnie z kolejnym poleceniem Adelii, kierując się ku autostradzie wskazywanej przez zardzewiałe, chylące się ku ziemi znaki. – Był tam Inqvisitor, Ybleg! – krzyknęła do mnie Kerkoma. – Widziałeś go? – Ten sam?! Jak to... – Nie! Widocznie Juxyerfoyzzax wysłał więcej niż jednego korwetą nekronową! Nie odpowiedziałem. Wrzuciłem piątkę. Teraz pędziliśmy już jak szaleni: jeep trząsł się i skrzypiał. Wskutek prędkości odpadł kolejny Izolant. Teraz wjechałem już na pustą autostradę, otoczoną przez wpółzniszczone wiatrochrony. Nie widzieliśmy już teraz Konstrukcji, dopóki nie wjechaliśmy na wielki wiadukt. Stąd rozciągała się panorama Miasta Izolantów: nawiedzonego i zniszczonego przez kataklizm bytoczasu. Okazało się, że były co najmniej trzy tornada: dwa odleglejsze tkwiły na horyzoncie jak czarne słupki. Izolanci odczepywali się od jeepa. Jechałem już z maksymalną prędkością po szerokiej, czteropasmowej autostradzie. Gdzieniegdzie stały opuszczone, zniszczone samochody. Łatwo je było wyminąć, nie narażając się nawet na duży slalom. W końcu zostało tylko jedno widmo. Izolant o wyglądzie wychudzonego starca w poszarpanej szacie. Jego ręka, w podartej szacie była ręką z mojej bardzo dawnej wizji. Uderzał jak oszalały w przednią szybę: zbyt słaby, by mógł ją rozbić. W końcu zajęczał i sam odczepił się od wozu ulatując w przestrzeń. Elementy Zero były za nami. Mgła zniknęła. -+-+-+-+-+- Dawno nie byłem na pogrzebie. Samo chowanie zmarłych to zwyczaj żywych. Po co to robić, skoro i tak ciało ulegnie rekonstrukcji prowadząc do nekronowego zmartwychwstania? Teraz było jednakże inaczej. Grób wykopałem wyrwanym z ziemi znakiem drogowym w kształcie nieforemnego szpadla. Ziemia przy autostradzie była sucha, lecz miękka. Stało tu nawet wykrzywione, łyse drzewo. Dół nie był głęboki – około sześciu stóp. Więcej nie było trzeba szczególnie, że Kloka dawała jasno do zrozumienia co sądzi o marnotrawieniu cennego czasu. Podeszła co prawda do martwego Emerpa gmerając przy jego ubiorze, ale odeszła gdy zauważyła, że chcę pochować ciało. Złożyłem je do grobu sam, bez niczyjej pomocy. Adelia kręciła się w pobliżu jak Izolant, ale nie wykopała nawet grudki ziemi. Kerkoma demonstrowała swoje niezadowolenie spacerując po autostradzie. Tylko Tyhleg był zainteresowany, ale to było do przewidzenia. Ojciec przyglądał się z fascynacją zakopywaniu ciała: próbował nawet zapolować na leżące przy grobie kamyki. Nad ziemią Wolnego Nekronu, nad Królestwem Świetlistego zachodziło zmęczone słońce. Spociłem się przy pracy: był to dobry, nekronowy pot. Choroba entropijna, wytworzona sztucznie przez Miasto Szaleństwa nie miała już do nas dostępu i była to dobra myśl. Chciałem więc nadal być: ta myśl zaskoczyła mnie i dziwnie zasmuciła. Gdy skończyłem, stanąłem nad grobem. Z drugiej strony mogiły zbliżyła się do mnie Adelia, podeszła nawet Kerkoma. Zastanawiałem się, co powiedzieć. Patrzyłem na nie: byłą jurysdyktorkę dzielnicy Hylfe uwięzioną w dziecięcym ciele i opegowy, nieludzki organizm, który był kiedyś niewinną istotą. Nie miałem pojęcia, co zrobić. Żywi modlili się na cmentarzach. Czy i tu powinienem się pomodlić? I do kogo? – Musimy porozmawiać – odezwałem się wreszcie. – Muszę pogadać z wami obiema. Milczały. Kerkoma Kloka patrzyła na mnie tylko z lekkim rozbawieniem. – Nie pamiętam już, jak długo istnieję w Nekronie – zacząłem. – Nie wiem, jak wiele lat podrózuję po Królestwie Świetlistego. Może doktor Kraft jest szalony. A może ma rację. Może to tylko ja. Nadal nie odezwały się ani słowem. – Ruszyłem do tego miasta zmanipulowany przez Bridget tylko w jednym celu: żeby odnaleźć moją żonę. Ale ona już nie żyje. Tak jak Emerp. Wszyscy dookoła mnie giną. Mogę mówić w ten sposób, bo izolanckie trwanie to nie życie, nawet w nekronowych realiach. Ocalał tylko ojciec, ale... nie wiem nawet, co z niego zostało w tym, czym jest teraz. I ty Adelio. To, co z tobą się stało to moja wina. Proszę cię o wybaczenie. Wszystko miało być inaczej... ale jest tak, jak jest. – Chcę wam powiedzieć, że to koniec. Nie widzę sensu, żebyśmy podróżowali razem. Nie mam już żadnego celu, żadnego pragnienia. Powinienem był zrozumieć, że Klarę straciłem już dawno: jeszcze przed samym Gubertagimdaszt. Wtedy, gdy zdecydowała się odejść. Mogę was teraz odwieźć na stację Nekron Ekspresu. Prędzej czy później trafimy na jedną z nich. Tam się rozstaniemy. Adelia może wracać do Gubertagimdaszt jeśli tego chce i jeśli miasto nadal istnieje. Nie wiemy czy tak jest, ponieważ nie wiemy ile upłynęło bytoczasu w Elementach Zero. Ja wracam do swego dominium, do Osiedla Zarazy. Kerkoma też osiągnęła swój cel. Jest w Wolnym Nekronie. Nie sądzę, żeby Prezydent nas ścigał. Może już nie bytuje. To dla mnie bez znaczenia. – Emerp prosił o coś w ostatnich słowach. Mówił o dziecku: myślę, że chciał uratować Klokę. Cóż, jesteś uratowana. Nie wiem jak uratować Adelię. Może nikt tego nie umie. To w każdym razie koniec. To tyle. Nie mam nic więcej do powiedzenia. – Nic nie rozumiesz, Ybleg. Spojrzałem na Klokę. Jurysdyktorka złozyła ręce na piersi. Uśmiechała się: chyba po raz pierwszy szczerze. Wzruszyłem ramionami. – Czego mam nie rozumieć? Wszystko jest jasne. – Nie wiesz nawet, gdzie jesteś. – A gdzie mam być? To Nekron. Tylko tyle i aż tyle – skrzywiłem się nie patrząc już na Kerkomę. Patrzyłem na świeży grób. – Czym jest Nekron, Ybleg? Zapadła cisza. Odezwałem się dopiero po chwili. – Nie będę tego przerabiał. Nie interesuje mnie to. – A powinno – odpowiedziała Kloka. – Myślisz, że chciałam wydostać się z Gubertagimdaszt, by dostać się pod kolejną kuratelę? Gdzie jesteśmy? W Królestwie Świetlistego. Za nim są kolejne. Wiem na pewno o połączonym Królestwie Kości Woodlugosi. Wiem o Królestwie Wiecznej Przeszłości BEPE, to nawet ciekawe miejsce. I o Pastelowym Królestwie Dunal. To wciąż Nekron, Ybleg. Wszędzie Nekron. Wszędzie jego Królestwa i Miasta Szaleństwa. Wszędzie dominia. Ale jest coś jeszcze. Tam jest to miejsce. – Nie ma żadnego miejsca. – Jest i dobrze o tym wiesz. To Żelazny Nekron, Ybleg. I to tam chcę trafić. A byt Strefy Opega nas tam zaprowadzi dzięki tej swojej negacji wszystkiego, co nie będzie pasować do szukanego wzoru. Tam tkwi odpowiedź, czym naprawdę jest Nekron. Poznamy prawdę. Nie interesuje cię to? – Nie. – Ybleg. – Kerkoma zaczęła okrążać grób, by zbliżyć się do mnie. Stanęła teraz obok, przekrzywiając lekko głowę. Nie groziła mi, patrzyła tylko: niemal błagalnie. – Nie zniosę bytu pod czyjąś kolejną jurysdykcją. Nieważne czy to Prezydent, Świetlisty czy może kolejny byt pod którego rządami trwa dane Królestwo. Muszę się wyzwolić, Ybleg. Rozumiesz? Nie będę trwać w jakimś sztucznym dominium, jak ty. To dlatego od ciebie odeszła, wiesz? Bo nie potrafiłeś... Nie wiem jak to się stało. Zamachnąłem się ręką, ale Kerkoma była szybsza. Złapała mnie za dłoń tak mocno, że krzyknąłem z bólu. Gdy puściła, upadłem na kolana tuż obok resztek rozkopanej ziemi. – Zdziwisz się, ale nie będę cię do niczego zmuszać, Ybleg – powiedziała spokojnie jurysdyktorka. – Mogę wyruszyć z Adelią. Może ona wystarczy. Ale ty też jesteś mi potrzebny. Znasz ten cały Wolny Nekron. Może dasz sobie radę i w innych Królestwach. Adelia nic nie wie. To tylko narzędzie. Przydatne, ale narzędzie. – Pomyśl, Ybleg – uśmiechnęła się patrząc na moją skrzywioną z bólu twarz – Prawda. Poznamy ją. A ty chcesz ją poznać. Wmawiasz sobie, że jest inaczej. Myślisz, że nic cię nie czeka. Chcesz się odbytować i być Izolantem jak twoja żona. Ale wiesz, że nic z tego nie będzie. Boisz się. Dlatego wyjechałeś z Elementów Zero. Nie chciałeś tam ginąć, Ybleg. Nie jesteś na to gotowy. Jeszcze nie. Po tych słowach, odeszła w kierunku jeepa. Zostałem sam, nie licząc samotnej Adelii. Byt Strefy Opega kucnął dotykając grobu. Przesuwał dłońmi po grudach piasku. Milczał. Potem wstał i wrócił do samochodu. Nie wiedziałem, czy Szpajcer w ten sposób wygłosiła swe pożegnanie. Ja nie mogłem. Byłem odpowiedzialny za to, co się wydarzyło. Za nią i za niego. Nie mogłem się pożegnać. Zamiast tego podniosłem mruczącego ojca i wolnym krokiem wróciłem do jeepa. KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ 2007-07-09 15:42:51 skomentuj (0) XIII. ELEMENTY ZERO Gdy jeszcze pracowałem w Korporacji Żywak, nie raz widziałem morianckie sondy powracające z eksploracji Elementów Zero. Te, które ocalały z burzy bytoczasu, rozdzierano na części składowe usiłując odczytać dane z ich jądra w formie przeźroczy. Do pokrytych entrokorozją obłych kul pełnych naroślowatych wypust podłączano zewnętrzne przeźroskopy, by bezpostaciową i mleczną zawiesinę obrazu przekształcić w ostrzejsze kontury. Pragnięto nie tylko ujrzeć Izonantów, ale i ich osławione Miasto (zwane też Konstrukcjami), które pojawiało się na obrzeżach niczym czarnoszare wykwity. Tylko to można było dojrzeć, gdyż część sond wydostała się z Elementów Zero. Ich los był nieznany jak wszystkiego, co ulatywało w głąb Wolnego Nekronu. Drgające i łamiące się przeźrocza torturowano skupionym powiększeniem i usuwaniem ich ziarnistości wywołanej przez izolancką mgłę. Skąpe drgnięcia powiększalników ukazywały nakładane na siebie obrazy: niczym widmowe cienie wybuchłe i zmiażdżone od wewnątrz, zwielokrotnione przez bytoczasowe pasma. Wyobraźnia nasuwała skojarzenia wprowadzające obserwatora w bezlik błędów. Przy odpowiednim nastawieniu można było widzieć jak gdyby kolonie bakterii o ludzkich sylwetkach, otoczone przez zastygnięte nibybudowle. Udało się rozszyfrować tylko najbliższe konstrukcje: wysokie, samotne kolumny. Nazwano je zaraz Słupami Ciszy i próbowano skanować dalej, lecz powierzchnie obrazów rozbijały się niczym w postmagnetycznych natężeniach, aż oczy piekły od drgającej nieostrości i nawet deblugowe machiny nie potrafiły zanalizować danych. Wyzwalając się z cienia Gubertagimdaszt poznałem na nowo, co to rozpacz. Moje odczucia zniekszałcone przez wpływ Miasta Szaleństwa były martwe i puste. Teraz były znów żywe, cokolwiek miało to znaczyć. Szedłem przez dymną, białą nicość nawołując Klarę i wiedząc, że to beznadziejne. Nie dbałem o nic, może tylko o schowanego pod blokoubru Tyhlega. Biegłem przed siebie, potykałem się o wyschniętą ziemię umarłych. Stawałem potem, znów krzycząc imię żony i znów biegłem w niewiadomym kierunku. Ojciec miauczł żałośnie. Widziałem nie śpieszące się do mnie cienie izolanckich sylwetek wiedzących, że nie mam dokąd uciec. Tak jak ona. Musiała zginąć i stać się izolanckim bytem. Dla mnie i dla niej nie było już żadnej nadziei. Targał mną wiatr – zdawał się przenikać wszystko do kości. Moje blokoubru łopotało porywane nagłymi paroksyzmami. Odwracałem się do tyłu – nie widziałem już Miasta. Burza bytoczasu mogła je ustawić tysiąc bytolat wstecz lub naprzód: dawno mogło być już kupą gruzu lub dopiero powstawać jak narośl Strefy Opega. Nie dbałem o to, bo zamajaczyły mi kolejne cienie: niczym czarne, wysokie krechy. To były Słupy Ciszy: a przynajmniej jeden z nich. Podbiegłem opierając się plecami o jego chropowatą powierzchnię. Tyhleg wkulił się we mnie i mruczał: był to jednakże mruk pełen lęku i zawodzący gniewem. Dookoła kłębiła się dziwna mgła, nie poruszana przez nieustanny wicher. Wytężając wzrok i krzycząc imię Klary ochrypłym głosem, zamarłem nagle rozumiejąc, że zbliża się koniec. Do słupu zbliżał się pierwszy Izolant. Widziałem go w oddali: chuda, wysoka i łysa postać. Sunął ku mnie nierówno: wyglądało, jakby cofał się nagle i przybliżał. Jego widok zamazywał się i wyostrzał. Z odległości około dwudziestu metrów można było dojrzeć szczegóły: wyglądał upiornie. Miał szarą, napiętą na żebrach skórę co łatwo było zauważyć z uwagi na jego nagość. Nie patrzył na mnie, głowę miał skrzywioną nienaturalnie w bok i zauważyłem, że ma zamknięte oczy. Tak martwy, jak tylko to możliwe, płynął jakby ku mnie: jedna z jego nóg drgała niczym w gorączce, stopa drugiej wisiała w powietrzu z wykrzywionymi to tyłu palcami. Wiedziałem, że gdy zbliży się do mnie odchyli głowę i otworzy oczy, których nie będzie – czułem, że to ślepiec. Nucił: a może ciężko oddychał? Opadałem do dołu, ku podstawie Słupa. Ojciec drapał mnie pod ubiorem. Nie było dokąd uciec. Izolant obejmie mnie i będzie obejmował, miażdżąc, a może tylko trwając, aż popłyniemy razem, na falach martwego wiatru. Przebył już połowę drogi, potem zostało pięć metrów. Stanął, przybliżając się: jego usta się poruszały zbyt szybko by było to możliwe. Po skórą ciemniały wykwity. Noga drgała nadal: zgadłem, że by nią ruszyć musiały złamać swoje widmowe kości. Straszliwa samotność, która od niego biła była porażająca. Odejście i sunięcie przez Elementy Zero w tym martwym bólu zaczynało być coraz bardziej kuszące, zniewalające jak sama śmierć bez konieczności istnienia. Zrozumiałem nagle, jaka pokusa kryje się za izolancką formą bytu: to była wolność i nicość, pustka i niewola. Przysunął się jeszcze bliżej. Wisiał teraz nade mną i z wolna, tak jakby miał czas całego Nekronu, zaczął odwracać głowę w moim kierunku. Wiatr ciągnął za jego skórę: uderzał w nią niczym w taflę wody. Nie mogłem zamknąć oczu: musiałem patrzeć. To, co wziąłem za oddech nasiliło się i słyszałem już cichy, fałszujący gwizd: wykrzywioną melodię. Dobiegał z mgły: nie od Izolanta. Słysząc go, zmarły cofnął się w sobie i zaczął oddalać. Zamrugałem oczami oddychając ciężko, nie wiedząc co się dzieje. Ale widmo sunęło teraz tyłem: nie śpiesząc się. Opadało w wiatr i mgłę. Zostałem sam. Z białych oparów nadchodził pogwizdujący karzeł: ten sam, którego zobaczyłem w trakcie próby kontaktu z „odbytowanym” Bridget, czy raczej symulującym ten stan. Teraz widziałem go już wyraźniej: opierał się na laseczce, lekko podskakiwał jego melonik a gdy mgła Elementów Zero odsłoniła w pełni jego twarz, poznałem go. Był to doktor Kraft: pogwizdujący i najwyraźniej znów z siebie zadowolony. Jak mogłem nie rozpoznać go wtedy! Czyżby fluktuacyjna sfera zniekształcała charonowy przekaz? Nie było to teraz ważne: wstać chciałem, lecz nie mogłem się ruszyć. Poruszyłem ustami, ale nie mogłem się odezwać. Wciąż pogwizdując doktor zbliżył się i stanął nade mną: chociaż siedziałem, wydawał się niewiele wyższy. – Doktorze... – wystękałem patrząc na jego binoklowe, wyolbrzymiające zadziorne oczka okulary – doktorze... – No? – Oni boją się pana, doktorze... Dlaczego. Niech pan mi wreszcie powie, o co w tym... doktorze... niech mi pan... – Ojojoj, ojojoj – zamlaskał doktor Kraft. Wyglądał na zatroskanego, choć mógł być to stan sztuczny. – No i kochaniutki, dzwoniliśmy, dzwoniliśmy i wreszcie się dodzwoniliśmy do pana doktora, nieprawdaż? No i po co nam to było, a? Na cóż? Te łażenie do miast, te nie słuchanie się pana doktora? Ojojoj, lekarstwa nie brane we łbie namieszane! – Doktorze... niech pan przestanie opowiadać bzdury... proszę mi pomóc... – wyszeptałem. Ojciec wysunął główkę zza mojej pazuchy, też usiłując dojrzeć doktora. Obecność lekarza dodawała mi zagadkowych sił: myślałem już jaśniej i prawie udało mi się podnieść. Niestety opadłem z powrotem na ziemię. – Kiedy dzwoniłem do pana? Przed wyjściem z Gubertagimdaszt próbowałem... rzeczywiście. I przyszedł pan... skąd pan wiedział, gdzie jestem? Doktor pokręcił głową. – No, słowiczku ty mój, ty mój skarbeńku jedyny! Khe heh... To już nic nie pamiętamy, jak próbowaliśmy zadzwonić do doktora? A doktor był w pobliżu i wiedział, gdzie waść się udaje, oj wiedział, wiedział. Działać! – uniósł się nagle, jakby coś sobie przypominając. Zamachał laseczką. – Działać, zawsze działać! Ale przede wszystkim – schylił się, by spojrzeć mi w oczy. Jego starannie przycięte wąsiki podrygiwały jak antenki. – Grzeczność! Grzeczność przede wszystkim! Byliśmy grzeczni, kochaniutki! Zadzwoniliśmy do pana doktora, kiedy wyszliśmy z urojeń miasteczkowych, hehe. Khem. No to teraz pójdziemy do szpitala? Nadal grzecznie? Z kotkiem? Ładny, śliczny koteczek! – Doktorze... – wstałem z trudnością na nogi. Chwiałem się lekko, Tyhleg drapnął mnie usiłując utrzymać równowagę. – Adelia... Ta dziewczyna. Może ją doktor pamięta. Ona i jej narzeczony są tutaj. I jeszcze ktoś. Doktor pomoże mi ich znaleźć? – Znów konszachciki z pacjentami! Nieładnie, kochaniutki, oj nieładnie! I wciągamy, wciągamy w swoje choróbsko! – doktor Kraft zachichotał. – No dobrze, dobrze. Idziemy, słowiczku, idziemy! Ruszył bardzo dziarsko. Jego witalność dodawała mi energii: pobiegłem niemal za nim. Niska postać doktora rozpruwała mgłę, wiatr też jakby ucichł. Odwracając się, zerknąłem na Słup Ciszy – na ściętym równo podium jego szczytu siedziała odziana w powiewające szaty sylwetka jednego z Izolantów, ale i ten widok skrył się za moment w mgle. Nie wiem, jak długo trwała ta podróż. Doktor pohukiwał, nucił, sapał. Mamrotał coś do siebie i nie ustawał. Wciąż dążył naprzód i z trudem mogłem go dogonić. Dreptał małymi nóżkami odzianymi w coś przypominającego wiktoriańskie bryczesy. Skrzydła jego surduta rozchylały się jak skrzydła nerwowego, zbyt energicznego wróbla. Krzyknąłem za nim dwa razy gdy niemal znikał w odmętach mgły. Nie stawał jednak i łapałem go później dzięki wywawanym przez niego dźwiękom. Wciąż czułem obecność Izolantów: zdawali się respektować naszą wycieczkę, choć granica wytyczona przez postać doktora trzeszczała pod ich naporem. Nagle, może po ponad godzinie szybkiego chodu, lekarz zwolnił. Zwolniłem i ja. Odwróciłem też wzrok od niego, rozglądając się po okolicy. Mgła stała się rzadka a wiatr znów się nasilił. Niósł ze sobą jakieś przedmioty: stare płachty, tablice, obszarpane reklamy. Byliśmy w środku miasta targanego nieustającym wichrem, który pomimo swej siły, nie zmiatał naszych postaci. Był to plac – a raczej wielkie skrzyżowanie ulic pomiędzy wysokimi kamienicami. Chybotały się telegraficzne słupy, coś w oddali piszczało i rzęziło jak zesputy mechanizm. Rupiecie samochodów stały częściowo zmiażdżone, jakby wicher zmieniał się co jakiś czas w tajfun i rzucał nimi, jak zabawkami. Pełno było tu śmieci, wybitych okien, poprzewracanych słupów z resztkami ponalepianych ogłoszeń, kamiennych koszy, które wbiły się w ściany lub w popękany asfalt, widziałem dwa lub trzy przewrócone drzewa. Budynki miały pozrywane rynny, niektóre okna parapety. Krajobraz po huraganie nie na tyle mocnym by obrócić wszystko w perzynę, lecz niezmiennym. Na skrzyżowaniu, za wielkim rondem stało poszarpane kino. Z neonowego napisu zostało tylko kilka liter: AS, odstęp i APO. Na grzbiecie leżał przewrócony częściowo tramwaj: jego właściwa nazwa przyszła mi do głowy od razu, bez Gubertagimdasztowej specyfikacji. W oddali, gdzieś za mrowiem budynków nadciągał wielki huragan: zwinięty i ciemny lej przecinający niebo grubą rurą, zwężony u dołu i rozszerzony u góry. Stał w miejscu czy leciał do nas: nie wiedziałem. Schyliłem się, ustępując miejsca lecącej klapie od bagażnika jakiegoś wozu: wzleciała w górę furkocząc i rozbiła się gdzieś, nad labiryntem ulic. – Doktorze! – krzyknąłem. – Doktorze! Nie odpowiedział. Zachowywał się, jakby nie widział zniszczeń i nie odczuwał wiatru. A może nie chciał ich widzieć? Wystraszyłem się nagle, że zniknie: podbiegłem bliżej. Szedł na sam środek ronda. To było Miasto Izolantów: osławione Konstrukcje. Musieli tu być: poddani ciągłemu wiatrowi w zniszczonym przez kataklizm mieście. Może to ich liczba powodowała ten wiatr, zapewne poddawali się jemu i z nim ulatywali, pogrążeni w szaleństwie i uwięzieni, zależni od jego kaprysów. Czułem ich: było ich całe mrowie. Nie wychodzili jednak na nasze rondo, trzymali bezpieczną odległość. – Doktorze! – krzyknąłem ponownie. Doktor Kraft szedł nadal przed siebie, uderzając laseczką i mrucząc do siebie. Dosłyszałem urywki słów, wypowiedzianych i wynuconych jakby złośliwie: „raz, dwa,... Merkury w drugim domu... księżyc wzeszedł... sześć – nieszczęście... wieczór – siedem...”. Wściekły sięgnąłem ręką chcąc złapać go za ten surdut, gdy zatrzymał się nagle i wskazał laską przed siebie. Stali tam, nieprzytomni i chyba nie zdający sobie sprawy co zaszło. Czy znalazł ich wcześniej? Jak przeżyli? Minąłem doktora, dobiegając w ich stronę. Nie poszedł za mną, zostając na środku ronda. Emerp siedział na jakimś gruzie, obejmując głowę rękami. Nie odzywał się, trwał bez ruchu. Stała nad nim Adelia Szpajcer patrząc na mnie i chyba na doktora: jej twarz jak zwykle nie wyrażała niczego. Kloki nie było. Zginęła? – Gdzie jurysdyktorka? – spojrzałem na Adelię. – Gdzie jest Kerkoma? Co tu robicie? Byt Opegi patrzył na mnie bez słowa. – Co tu się dzieje?! – krzyknąłem. – Gdzie jest Kerkoma? Gdzie jest Kloka?! – Ona... ona nie odpowie – odezwał się Emerp. Miał wyjątkowo cichy, słaby głos, musiałem się schylić by dobrze go usłyszeć. – Adelia... ona milczy od kiedy tu jest. Nie odzywa się. – Gdzie jest Kerkoma? Jak wam się udało tu dojść? – Dalej... my dalej... dalej nie można iść – powiedział Dullingel po dłuższej chwili. – Adelia... ona wybierała miejsca, gdzie nie było tych... Ona wiedziała, gdzie ich nie ma bo... ona nie chciała ich... to znaczy negowała miejsca, gdzie byli. Ale tu są dookoła. Nie można... nie można nigdzie pójść. – Gdzie jest Kerkoma? – Powiedziała... że wie co zrobić. Poszła tam. To znaczy... powiedziała, że zaraz wróci. Że łatwo tu znajdzie. Pojazd. – Jaki pojazd? – złapałem Emerpa za ramię, potrząsnąłem. Zajęczał, wstrząsnął nim szloch. Teraz widziałem, że płacze. Całą twarz miał mokrą od błękitnanych łez. – Jest za mała, żeby czymkolwiek ruszyć! Nie dosięgnie nogami pedałów! Gdzie poszła?! – Tam... – ku mojemu przerażeniu pokazał kierunek z nadciągającym tajfunem. – Powiedziała... ona powiedziała, że oni chyba nie lubią tego wiatru. Puściłem go. – Masz – powiedziałem po chwili, wyciągając Tyhlega. Ojciec miauknął, protestując. – Trzymaj. Zaopiekuj się nim, słyszysz? Ja zaraz wracam. – Gdzie? Gdzie idziesz? – spytał. Ale nie zwracałem na niego uwagi. Odwróciłem się i zacząłem biec. W tle usłyszałem jeszcze oburzony i wołający za mną głos doktora. -+-+-+-+-+- Ulica nie była zawalona: w sumie w miarę przejezdna. Wicher, poddany nie znanym mi prawom, musiał usuwać z niej co jakiś czas cięższe przedmioty i zawalidrogi. Byłem pewien, że wystarczyłoby się zatrzymać by paść łupem Izolantów – tu czułem ich obecność wyraźniej. Obawiali się nadchodzącego tajfunu, ale tkwili w chylących się ku jezdni kamienicach: niektórzy uwięzieni w opuszczonych mieszkaniach, inni sunący w tę i z powrotem w korytarzowych klatkach, lub tkwiący przez wieczność w okolicach jednego mebla. Coraz dotkliwszy stawał się chłód: wydychane przeze mnie powietrze zmieniało się w dymek pary, niknący w ulotnej mgle. Czy znów miałem oddychać tak, jak oddychałem w Wolnym Nekronie, w Królestwie Świetlistego? Nie otumaniony przez wizję entropii Miasta Szaleństwa? Biegłem, nie zastanawiając się nad tym zbyt głęboko. Zacząłem też wołać imię Kerkomy, tak jak przedtem wołałem imię Klary. Biegnąc, wpadłem w potłuczone szkło – na szczęście buty wytrzymały, potem – we wciąż tryskający wodą, zniszczony hydrant. Przewróciłem się, ślizgając w kałuży – i wstając zauważyłem goniących mnie Izolantów. Było ich trzech, ale w tle nadciągali następni. Tych troje wyglądało jak czarnowłosa, odziana w napęczniałą powietrzem suknię kobieta o otwartych szeroko ustach i wielkich oczach, chłopiec bez jednej nogi czołgający się ku mnie jak robak: blady i siwy, i jeszcze jedna kobieta: naga staruszka biegnąca po gruzach jak pająk. Najgorsze były w tych bytach twarze: pomimo pozornej realności widziałem, że nie mają ciał lecz strukturę widmową bo ich fizjonomia wykrzywiała się nienaturalnie. Usta chłopca opadały na przykład jak wielka, rozciągliwa jama a twarz młodszej kobiety zamazywała się w oczach. Tylko staruszka miała niezmienne, martwe oblicze i może to właśnie wyglądało najgorzej. Przyspieszyłem. Nie byli zbyt szybcy, ale wiedziałem, że nadciągają następni. Przełamali w pewnym stopniu swój lęk przed powietrzną trąbą i miałem szczęście, że nie było ich wielu. Obawiali się widocznie, że powietrzny wir wciągnie ich w siebie i będą w nim dryfować przez nieokreślony czas, może już na zawsze. Mnie też mogło to spotkać: tornado wessałoby mnie w siebie i odarło z nekronowego ciała bez możliwości rekonstrukcji. A było coraz bliżej: słyszałem je jak straszliwe zawodzenie, jak wicher, jak narastający hałas końca. Ochrypłem od wrzasku wołając wciąż jurysdyktorkę, biegnąc. Traciłem siły. A kiedy zacząłem już tracić nadzieję, usłyszałem przekleństwa. Dobiegały z lewej strony, trzeba było tylko dobiec do kolejnego skrzyżowania. Stąd słup wichru wyglądał już jak czarna, nadciągająca kurtyna ciemności. Potykając się wbiegłem na rozdroże, skręciłem. Jakieś piętnaście metrów dalej stał spory pojazd w kolorze smoły, którego nazwa „jeep” pojawiła się nagle w moim umyśle jak zapomniane, świeżo odgrzebane wspomnienie. To z niego dochodziły przekleństwa. Nic nie było dziwnego w tym, że go wybrała – wyglądał na nieuszkodzony, choć jeden bok porysowany był lekko od jakiegoś otarcia. Stał, jakby ktoś opuścił go w panice, przed kataklizmem który zamroził wszystko w stanie niezmienności, naruszonej jedynie wichrem. – Kloka! – krzyknąłem. Przekleństwa ucichły, ostatni odcinek pokonałem sprintem. Siedziała w środku, na miejscu kierowcy. Jej twarz była stężona z gniewu. – Dlaczego to nie działa, Ybleg?! – krzyknęła. – Widzę przecież, że jest dobry! Nie mogę się podłączyć! Gdzie są szydła?! – Tu nie ma szydeł – wychrypiałem. Spojrzała na mnie jak na wariata. – To nie Gubertagimdaszt. Puść mnie. Trzeba kablami... Skąd wiesz, że działa? Jest... to coś nazywa się benzyna. To nie działa na repulsację. Chyba nie. Jurysdyktorka wzruszyła ramionami, ale ustąpiła. Usiadłem na miejscu kierowcy. Kluczyków rzecz jasna, nie było, ale osłony kierownicy i niżej wyglądały na uszkodzone. Szarpnąłem. – Co robisz, Ybleg? – Trzeba zapalić od kabelków... Nie ma kluczyków... Jeśli świece będą w porządku, ruszymy. I o ile jest benzyna. – Jakich kluczyków? – Od zapłonu... – powiedziałem. Kabelki były, zastanawiałem się tylko, które należy skręcić i czy starczy nam na to czasu. – Takie małe... kluczyki – mruknąłem. – Było tylko coś takiego. Leżało na dole – powiedziała Kerkoma. Z niedowierzaniem podniosłem głowę i spojrzałem na trzymane przez jurysdyktorkę kluczyki do jeepa. Wyrwałem je niemal z jej dłoni i natychmiast włożyłem do stacyjki, naciskając sprzęgło. Przekręciłem, ale z wozu wydobył się jedynie charkot. – Po nas – jęknąłem. Kerkoma milczała. Przekręciłem kluczyki jeszcze raz. Tym razem charkot był cichszy. – Rozrusznik... albo akumulator. To koniec. – Ybleg – odezwała się powoli Kloka. – Jeżeli nie włączysz tego urządzenia transportowego, zostaniesz odbytowany. – Świetnie – powiedziałem, przekręcając ponownie kluczyk. Jeep zarzęził, zacharkotał i zgasł. – Trzeba by było popchać. – Co popchać? – Ten pojazd. – Nie ma bytoczasu, Ybleg. Popatrz tam. Spojrzałem. Nie chodziło jej o Izolantów. Tornado zbliżało się do nas. Widziałem, jak wiruje – nie sposób było oderwać wzroku od czarnej trąby. Przekręciłem kluczyki i znów nic się nie stało. – Nie ruszymy – powiedziałem. – Musimy uciekać. – Poczekaj – zaprotestowała. Wyciągnęła swój szpikulec. – Co chcesz zrobić? – Gdzie idzie ta repulsacja? – spytała. Pokręciłem głową. – Tymi kablami. Ale to... – Spróbuj teraz – powiedziała Kerkoma wpychając szpikulec w głąb bebechów wozu. Tym razem to ja wzruszyłem ramiomami. – Rób, co mówię. Przekręciłem kluczyk. Coś zarzęziło, przez wóz przebiegł nagły paroksyzm. Ożywialiśmy trupa. Naciskając sprzęgło do oporu trzymałem klucz w dole. – To się nie uda – powiedziałem i zapaliłem jeepa. 2007-07-06 14:09:50 skomentuj (1) XII. Brama Honoraty Mówi się, że istnieje kilka sposobów na wydostanie się z Gubertagimdaszt. Pierwszym jest zapadnięcie na chorobę entropijną. Po pewnym bytoczasie osiąga się etap suchoctwa a następnie etap żywego trupa, by wreszcie osiągnąć status Izolanta. Bytów widmowych nie ograniczają mury czy granice. Jak muchy do miodu lecą w kierunku Elementów Zero otaczających Miasto Szaleństwa, choć wiele z nich zostaje w przestrzeni fluktuacyjnej nekrometropolii. Jeszcze innym sposobem są Portale Charonowe. Korzystając z prostego urządzenia moriantów Korporacji Żywak istnieje możliwość otwarcia odpowiedniego przejścia, choć wymaga to wielkiej wiedzy i umiejętności. Jest to także dość niebezpieczne, gdyż niekoniecznie można wyjść tam, gdzie się planowało. Podobne możliwości ma i gliglo, chętnie używane przez Exodusów No-Foodów. Kolejną metodą jest nekronowy przelot nad Murem Gubertagimdaszt: wysoką, ciemno-szarą zaporą zbudowaną z płyt i małych cegieł. W ten sposób, w Elementy Zero i w tajemnicze przestrzenie Nekronu wysyłane są morianckie sondy, powracające po wielu bytolatach. Poza Miastem Szaleństwa istnieje bowiem inny bytoczas i maszyny, które wydostały się z obrębu miasta, mogą do niego powrócić nawet po setkach czy tysiącach subiektywnych bytolat. Przeloty nad Murem kontrolowane są wszakże przez byty maszynowe i każde z nieautoryzowanych przejść zostaje udaremnione z pomocą wystrzałów niszczącej repulsacji. Sposobem najtrudniejszym i najniebezpieczniejszym – jest podróż Nekron Ekspresem. Jak wiadomo, każdy może przybyć do Gubertagimdaszt tym sposobem transportu. Przyjazdy są jednak monitorowane, a świeżo przybyli zabierani natychmiast przez siły Prezydenta do maszyn konwertujących. Tam usiłuje się ich dostosować do panującej w Mieście Szaleństwa rzeczywistości, z możliwie jak najsilniejszym wymazaniem wspomnień tego, co poza Gubertagimdaszt istnieje. Inaczej jest z tymi, którzy pragną opuścić miasto nekronowym pociągiem. Możliwość kupna biletu wiodącego poza Gubertagimdaszt została już dawno udaremniona przez Prezydenta, a wszelkie nielegalne próby wyjechania z Miasta karane są natychmiastowym odbytowaniem. Dla nas pozostawały tylko bramy. Prezydent z pewnością nie wierzył, że ośmielimy się z nich skorzystać. Przejście przez każdą z nich określano jako równoznaczne z odbytowaniem. Prowadziły one bowiem wprost w Elementy Zero. Transporty lecące nad murem miały swoje pancerze. Nekron Ekspres: przedziały prześlizgujące się w bytoczasie. Osobnik przechodzący przez bramę był sam: zdany na łaskę Izolantów. Siedem bram Miasta Szaleństwa nie było więc chronionych. A ponieważ nie potrafiłem otworzyć Portalu Charonowego, pozostawały dla nas jedyną alternatywą. Spośród siedmiu bram Gubertagimdaszt tylko druga, a zarazem największa, posiadała nazwę. Widziałem ją tylko raz: w drugim bytoroku mojego trwania w Gubertagimdaszt. Nikt nie wiedział czemu nadano jej nekronową specyfikację „Brama Honoraty”. Być może była to zasługa olbrzymiego, stojącego przy niej posągu przedstawiającego kobiecy byt z hełmem, tarczą i mieczem w dłoni, którego neokamienne ostrze oplatał nekronowy wąż. Tak czy owak, zmierzaliśmy ku niej siedząc razem w przedziale Nekron Ekspresu. Najbardziej zadowolony z naszej podróży był ojciec. Rozpostarł się wygodnie pod oknem przedziału, na płaskim parapecie. Przymrużywszy swe srebrzysto-pomarańczowe ślepia, z satysfakcją opierał łapę na nexszklanej tafli. Jego błękitna sierść błyszczała czystością: kilka bytochwil wcześniej poddał się drobiazgowej pielęgnacji szarym języczkiem. Dla próby poczęstowałem go zawartością puszki, zakupionej od samobieżnego automatu przedziałowego. Zjadł ją z widocznym smakiem. Na ten widok uśmiechnęła się nawet Kerkoma Kloka. Emerp, który już wcześniej zyskał ojcowską akceptację, wyciągnął nieśmiale rękę by podrapać Tyhlega po główce. Ojciec wyciągnął się w widocznej rozkoszy. Bez ruchu i bez gestu siedziała tylko Adelia Szpajcer. Wyglądała na wyczerpaną: najwidoczniej „dominiowy przeskok” nieco ją kosztował. Czekając, aż samobieżny automat przedziałowy wyda mi resztę w nekronowych monetach, zwróciłem się w jej kierunku. – Czy odejdziesz? – spytałem. Podniosła głowę. – Jesteśmy w Nekron Ekspresie. Możesz wysiąść na jakiejkolwiek stacji. – Nadmieniam, że odejście bez obecnego tu bytu Emerpa Dullingela jest nieopłacalne z punktu widzenia Strefy Opega – wyrecytowała. Jej były narzeczony nerwowo kaszlnął. – Czy jego zabranie – spytałem – naprawdę jest konieczne? Mogłabyś wyjść: choćby bytoteraz. – Nastąpiło sprzężenie bytoczasowe – odezwał się nagle, wydający resztę automat. – Przestrzegam państwa przed opuszczaniem przedziału z uwagi na turbulencje – maszyna zadrgała chwytakami i odwłokiem. – Tylne wagony... – Bzdury – przerwała mu Kerkoma. – Mamy bilety stanowiące transakcję wiązaną. Wysiądziemy wtedy, kiedy mamy wysiąść. – To zrozumiałe – zgodził się automat. – Niemniej jednak niedogodności... – To dla nas bez znaczenia – znienacka odezwał się Emerp. – Proszę zostawić nas samych. Automat schylił się w niezgrabnym ukłonie i wyjechał tyłem z przedziału. Ojciec miauknął. I znów zostaliśmy sami. Za oknem Nekron Ekspresu widziałem przesuwające się szybko budowle dzielnicy D45. Powinniśmy już ją opuścić: cóż, najwidoczniej nie była ku temu odpowiednia bytopora. Biorąc pod uwagę fakt, że Brama Honoraty znajdowała się na granicy Gubertagimdaszt trudno było określić kiedy nastąpi koniec naszej podróży. – Na czym polegają te sprzężenia? – spytałem. Kerkoma wzruszyła ramionami. – Moglibyśmy się przekonać, ale nikt nie może wyjść z przedziału bez mojej wiedzy – powiedziała. – Każdy z was ma swój własny interes, może z wyjątkiem Yblega którego sprawy pokrywają się nieco z moimi planami. Nie myślcie, że o tym nie wiem. Nie zamierzam też zostawiać młokosa samego w towarzystwie Strefy Opega. Zaraz zrobiłaby ten swój przeskok, albo coś gorszego. – Nadmieniam, że nie można dokonać tego w Nekron Ekspresie – powiedziała Adelia Szpajcer. – To awykonalne z uwagi na przesuwającą się poza transportem przestrzeń i bytoczas własny pociągu. Dodatkowo, następne przejście może być dokonane po upływie bardzo długiego bytoczasu i tylko na terenie miasta z uwagi na jego sprzężenia bytoczasowe. – To niespecjalnie mnie pociesza – skwitowała Kloka. Taksowała Adelię zimnym wzrokiem. Byt Strefy Opega nie wyglądał na specjalnie przejętego tym faktem. – A zatem może powiesz, cóż to takiego było? Ten przeskok? Czy może to jedna z tajemnic waszej osławionej Strefy? – Nadmieniam, że nie widzę przeciwskazań by wygłosić na ten temat informację wstępną choć wymaga to pewnej znajomości pojęć ze świata żywych – oznajmiła Adelia. – Zasada oparta jest na podobnej, obowiązującej w przypadku Pęcherza Bytoczasowego, choć tu horyzont zdarzeń jako powierzchni w bytoczasoprzetrzeni jest niezwykle mały. Objaśniając w skrócie, chodzi tu o modelowanie nekrograwitacyjnego pola, w obrębie wytworzonej przez nicowanie rzeczywistości Gubertagimdaszt czarnej dziury, dzięki jego ulotnej trwałości w niezmienności opisywanej przez Ponadczasowy Atraktor Perturbacyjno Cykliczny. W tej sytuacji można dokonać zakrzywienia bytoczasoprzestrzeni poprzez całkowitą negację rzeczywistości Gubertagimdaszt. Efekty poszczególnych negacji są zresztą dostępne i zauważalne jako tak zwany bytoczas będący nekronowym zjawiskiem psychofizycznym na granicy nekrograwitacyjnego kolapsu. – Zrozumiałem tyle, że Gubertagimdaszt jest nietrwałe – odezwałem się po dłuższej bytochwili. Adelia Szpajcer przekrzywiła głowę w prawo. – Wstępne wyliczenia wykazują istnienie rzeczywistości Gubertagimdaszt w ciągu bytoczasowym przez najbliższe trzy tysiące bytolat – potwierdziła. – Odczuwam potrzebę poinformowania, że najprawdopodobniej obliczenia te sięgają wstecz trwałości PAPC, a zatem miasto nie istnieje już od dawna bądź cofa się do swojego początku by zaistnieć ponownie. Trwałość bytoczasowa zogniskowana jest jedynie w obrębie horyzontu zdarzeń Strefy Opega będącej ogniskiem nekrokwantowego pola oddziałującego na siebie strumiennie z polami obszarów Królestwa Świetlistego, które to, jak i Strefę Opega określa się roboczym mianem Odrodni będących w istocie głównymi węzłami: punktami skupiskowymi PAPC. Dla wyjaśnienia dodam, iż określa się je właśnie nekronowymi Węzłami. W miejscu tych nekrograwitacyjnych zapadań i skupisk bytoczasowo-przestrzennych umieszcza się niekiedy i stacje Nekron Ekspresu. – Interesujące – stwierdziła Kerkoma. Patrzyła na Adelię z wyraźnym skupieniem. – A więc wiecie o istnieniu czegoś poza miastem, tak jak ci, którzy przybyli z zewnątrz. Aby stąd wyjść, mogłam wybrać któryś z bytów Strefy Opega. – W rzeczy samej – zgodziła się Adelia. Jurysdyktorka dzielnicy Hylfe skinęła głową. – Porozmawiamy – powiedziała. – Pomysł Yblega z zabraniem ciebie był, jak widzę, całkiem słuszny. Przydasz się. I odpowiesz mi na kilka pytań. O tak, odpowiesz. Adelia Szpajcer mrugnęła zimnymi oczami. Wpatrywały się w siebie: z jednej strony nieczłowieczy byt Strefy Opega, z drugiej: skupiona w swym szaleństwie wiekowa jurysdyktorka w dziecięcym ciele. Emerp chrząknął nieswojo. Nawet ojciec odwrócił łebek i popatrzył na mnie wyczekująco mrużąc ślepia. – A zatem: porozmawiamy. A jeśli chodzi o te całe bytoczasowe sprzężenia w Nekron Ekspresie... – odezwała się wreszcie Kloka. – Sprawdzimy to. Ta informacja może być przydatna... na później. – Możemy wyjść....żeby je zobaczyć... ja sądzę, że to możliwe gdybyśmy wyszli razem – zaproponował niepewnie Emerp. – Ja wyjdę – powiedziała nagle Kerkoma, uśmiechając się tajemniczo. – Zostawię was z Yblegiem. To w zupełności wystarczy. Chyba dasz sobie radę? – spytała. – Nie sądzę, żeby... – Idę. – Wstając, sięgnęła w fałdy sukienki. Po bytochwili wyciągnęła jurysdyktorski szpikulec. – Wiesz, co musisz zrobić, gdyby zaczęła coś kombinować – dodała, podając mi go. Zacisnąłem palce na chłodnej powierzchni nexmetalu. – To chyba nienajlepszy pomysł – zaprotestowałem. Ale jurysdyktorka miała inne zdanie. Beztrosko wyszła z przedziału, którego odrzwia zasunęły się za nią z cichym świstem. Nie upłynęło nawet pięć bytosekund, gdy zostaliśmy sami. – Dlaczego... dlaczego ona to zrobiła? – spytał zszokowany Emerp. Wzruszyłem ramionami. – Poddaje się impulsom. Mówiłem ci już: jest nieobliczalna – odpowiedziałem. Sam czułem się niepewnie: decyzja jurysdyktorki Hylfe i wcześniejsza, nakrotechniczna rozmowa kompletnie mnie zaskoczyła. Zastanawiałem się, czy byłbym w stanie zrobić coś Adelii by ocalić Dullingela. Byt Strefy Opega patrzył na mnie w upiornym wyczekiwaniu. – Cóż... – odezwałem się, niepewnie obracając szpikulec w palcach. – Emerp... czym się zajmowałeś? W tym wiktoriańskim dominium? – Zajmowałem? – zdziwił się Dullingel. Wzruszyłem ramionami. – Co robiłeś. Nie licząc adorowania Adelii. – Sprawy rodziny Dullingelów wymagają najwyższej uwagi – odpowiedział powoli Emerp. Byłem pewien, że zaczerwieniłby się, gdyby nie opegowa półkonwersja. – Konieczne jest utrzymanie folwarków i statusu rodu. – A poza tym? – Ja... – zająknął się Dullingel. Najwidoczniej nie chciał odpowiadać. – Ja oddawałem się poezji. Na cześć.... pani Szpajcer. – Poezja – powiedziałem, dziękując w duchu za nieobecność Kerkomy. – Ciekawe. Dobrze. Powiedz coś. Emerp zamrugał oczami. – To... bytoteraz? – Nigdzie się nam nie śpieszy. – Nie... nie mogę – zaprotestował. Skrzywiłem się w nieszczerej parodii uśmiechu. – Adelia już tu jest. Możesz mówić do niej. Nie daj się prosić. – Ale... – przystojna, młoda twarz narzeczonego Adelii Szpajcer wykrzywiła się w komiczną maskę przestrachu. – Jej... ona tak naprawdę... nie ma jej tutaj, prawda? To coś ją zmieniło. Zachowywała się tak, jakby mnie nie pamiętała... po tym... Spytała czy... ja zgodziłem się na wszystko, na wszystko! A obecnie... mówi takie rzeczy! Ja... nic z tego nie rozumiem! – Dobrze, uspokój się – przerwałem mu. Dulligel spojrzał na mnie nie do końca przytomnie. – Nie musisz nic recytować. Nie musisz nic pamiętać. To nieważne. Zapomnij o tym. Napisałeś jakieś inne wiersze? Nie dla Adelii? – Tak – odpowiedział po bytochwili milczenia. – Tak. Kilka. Chyba. Wcześniej. To znaczy... przed. Ale nie jestem pewnien. Czy to moje. To nie muszą być moje wiersze. – W porządku – powiedziałem uspokajającym głosem. – Powiedz jakikolwiek. Niech będą nawet te z „przed”. Dullingel niepewnie kiwnął głową. Myślałem, że nie powie już nic: z lęku, obawy przed odrzuceniem i wyśmianiem. Ale powiedział: przymknął oczy i zaczął recytować. Zdziwiłem się, kiedy usłyszałem jego pewniejszy niż zwykle głos. Spodziewałem się czegoś innego: serii szeptów, mamrotań i jąkań. Wypowiadane przez niego słowa były jednak mocne i suche, pełne mocy. Ulatywały gdzieś poza niego samego i poza nasz przedział. Więc tak już będzie - duma zniszczyła miłość Co kiedyś było niewinnością, przekręciło się Wisi nade mną chmura i znaczy każdy mój ruch A głęboko w mej pamięci coś, co kiedyś było miłością Jak dobrze zrozumiałem, że pragnąłem czasu We właściwych proporcjach, starałem się go szukać Przez chwilę zdawało mi się, że odnalazłem drogę I gdy odkryłem przeznaczenie - ujrzałem że mi się wymyka Migały mi nieuchwytne obrazy wspomnień I pojedyncze pretensje o wszystko, co chciałbym zatrzymać Wyjedźmy gdzieś i zobaczmy, co uda się nam odnaleźć Pozbawiony wartości zbiór nadziei i dawnych pragnień Na tym stanęło. Chciał chyba mówić jeszcze, lecz umilkł. Siedzieliśmy więc w milczeniu czekając na ruch, na cokolwiek. Nekron Ekspres stukał miarowo kołami o złączenia szyn. – To było niezłe – powiedziałem wreszcie. Emerp przełknął ślinę. – Ale to... nie moje – wyjaśnił. – Tak mi się wydaje, że nie moje. Niedaleko naszego dworu było czyjeś dominium. Takie suche... dużo kamienic i port. To chyba stamtąd. Ja... moje wiersze są nieco inne. Tak myślę. – Rozumiem – powiedziałem. Popatrzył na mnie z wyczekiwaniem. – Moja żona Klara wiedziałaby o co ci chodzi. Mieszkałem z nią w podobnej dzielnicy. To było nasze dominium, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Było tam pusto, więc nazwaliśmy je Osiedlem Zarazy. Kiedy odeszła, wydawało mi się, że słyszę podobne szepty w wielu pustych miejscach. Wcześniej słyszeliśmy je oboje, ale nie przywiązywaliśmy do tego wagi. Myślałem, że popadam w szaleństwo. I dlatego muszę ją znaleźć. Prezydent wyrzucił ją poza jedną z bram w Elementy Zero. Są tam Izolanci. Wiesz, kim oni są? – Tak – kiwnął głową. – Wiem. – A więc rozumiesz, że muszę po nią pójść. Kerkoma twierdzi, że Adelia może nam pomóc przejść przez ich ziemie. Po tym co powiedziała wierzę, że to możliwe. Morianckie sondy wykazały, że gdzieś jest ich miasto nazwane też Konstrukcjami. Ona może tam być. Ale ty nie musisz iść z nami. Jesteś tu przez przypadek. Jeśli jednak nie pójdziesz, Adelia cię zmieni. Nie będziesz mógł z nią wtedy być, zapewniam cię. Emerp kiwnął głową. Myślami był chyba daleko. Czułem, że wpływam na jego decyzję. Poświęcić go, by dotrzeć do Klary – tak, jak poświęciłem Adelię. Mówienie mu o braku wyboru mogło być kłamstem – być może go miał. Gdyby jednak zostawił nas, odeszła by i Szpajcer. Nie byłem więc lepszy niż Bridget. Strach przed utratą żony nie pozwalał mi tego powiedzieć na głos, naciskać by pozostał. A może myliłem się i wyjście było jedynym ratunkiem dla nas wszystkich? Niepewny, odwróciłem wzrok patrząc na pokryte rurami i zaworami budynki D45. Tak też zastała nas Kloka. Była jurysdyktorka dzielnicy Hylfe nie pytając o zgodę, wyjęła mi z palców ściskany szpikulec. Usiadła naprzeciwko, zadowolona. – Zgadza się – powiedziała. – Sprzężenia bytoczasowe. Weszłam do jednego z otwartych, restauracyjnych przedziałów. Było tam podium. – Tak? – spytałem, wynurzając się z odrętwienia. – Weszłam na nie – kontunuowała. – Podłączyłam się do zestawu gliglo. I ty też tam byłeś, Ybleg. W starym bytoczasie. Stałeś dość blisko, bez ruchu. Jak zamrożony. Pokręciłem głową. Kerkoma patrzyła na mnie. – Zaśpiewałam tam, Ybleg – powiedziała. – Zaśpiewałam dla ciebie. -+-+-+-+-+- Obraz pokrywał się sieką kaszy, rozmazaniem odległych pobłysków. Przestrzeń zdawała się tracić swoją euklidesowość, zapadała w nagłe rozmazy i zbrązowienia przetkane nicią świetlnych migawek. Egzymonter natężał się jakby usiłował wyjść poza martwą skórę. Kręciłem pokrętłem kontaktu: doktor Kraft wszakże nie odpowiadał. Tak jak powiedział, zamierzał zezwolić widocznie na rozmowę po opuszczeniu miasta: nie chciał by zawracano mu głowę dopóki nie wyjdę z jego obrębu. Milczał, gdy potrzebowałem go najbardziej. Zostałem sam: niepewny i przerażony. Wraz ze zbliżaniem się do granicy: w sensie nekrofizycznym czy psychicznym nawet, malała moja zależność od Miasta Szaleństwa. Traciłem ją już od dawna, odzyskując siebie. Wypaczony przez nacisk Gubertagimdaszt język nekronu tracił swe konotacje z bytoczasem, wytworzonymi przedrostkami czy nawet: wszędobylską entropią. Negowałem, choć starano się to zminimalizować w trakcie pierwszej konwersji. Jedyna moja trwała: Nekron Ekspres opuścił już przybramową stację. Zdawało się, że jechaliśmy nim nie wiele bytogodzin lecz bytomiesięcy: zestazowani i zapomnieni. A może trwało to bytochwilę. Może usiłując wyjść z miasta, mijałem samego siebie nerwowo pędzącego za Klarą w towarzystwie Bridget i wiktoriańskiej pannicy. Wiele więc pytań miałem do doktora i wiele nawiązywało do starej z nim rozmowy, gdy sugerował, że to co biorę za ciąg bytoczasowy nie musi być nim w istocie. Myślenie na ten temat nie pomagało, więc nie starałem się myśleć. Szliśmy. Stacja była pusta – tu tylko przyjeżdżano a nikt nie chciał być w pobliżu jednej z bram, przez którą mogły zawitać byty Izolantów. Nie wiedziałem nawet co do za dzielnica, dopóki Kerkoma nie powiedziała, że jesteśmy na Guber Terminus – granicznej linii nie zajętej przez jurysdyktora i podległej jedynie maszynowym bytom. Cała okolica wygladała na zapuszczoną: budynki bez okien chyliły się ku otwartej stacji jak martwe słupy. Posadzka była pęknięta w wielu miejscach i dziurawa a kiedy zeszliśmy w podziemne przejście, leżało tam sporo skorodowanych szczątków. Było to cmentarzysko maszyn – milczących automatów, choć niektóre patrzyły się na nas gasnącymi soczewkami lub usiłowały poruszyć zgrzybiałymi kończynami na resztkach repulsacji. Tak było wszędzie. Ulice dzielnicy wyglądały na opuszczone. Wyglądało to tak, jakby przeszła tu wyniszczająca wojna dzielnicowa. Sporo było porosłych drutami gruzów, drogę zawalały zniszczone transportowe rury: niektóre tak duże i wysokie, że trzeba było sporo bytoczasu do ich obejścia. A jednak była tu jakaś żywiołowość: gorączkowa bieganina, dreptanie, syki i piski. Zakamarkami przemykały automatony: czułem wycelowane w nas obiektywy a po plecach przechodził mnie dreszcz nekromagnetycznego skanowania. Na piszczących kółkach przemykały najeżone antenami pojazdki i wciąż natykaliśmy się na resztki urządzeń. Nie było tylko horyzontu – gdzie okiem sięgnąć ciągnęła się czarno-szara linia muru, nie opalizująca lecz przygniła, niemal brunatna. Zapora wydawała dźwięk – ledwo słyszalne buczenie, które nie zmieniało się w natężeniu przy pokonywaniu odległości a tylko trwało. Zupełnie jakby masywność granicy była zbyt skupiona w sobie, jak sama śmierć, którą zresztą być mogła. – Odczuwam potrzebę, by poinformować iż wpływ Elementów Zero jest wyjątkowo wysoki opierając się na nekronowej skali – powiedziała Adelia Szpajcer. – Z bytoczasem linia graniczna może być przekształcona. – Czyli to przyczółek Elementów Zero – zgodziłem się. – Ale nie widzę tu Izolantów. – Ci którzy przybyli do Gubertagimdaszt przez bramę, dążą w głąb miasta – wyjaśniła Kerkoma Kloka. – Starają się być w jego przestrzeni fluktuacyjnej, Ybleg. Mogą być w pobliżu bramy, ale nie jest to pewne. – I to nasuwa mi myśl – zacząłem rozglądając się za Tyhlegiem. Ojciec był wszakże bezpieczny: z zadowoleniem polował w kupkach gruzu na niewielkie, uciekające automatony – dlaczego po prostu nie przejdziesz przez bramę. Wyszłabyś z Gubertagimdaszt bez mojej pomocy. – Przede wszystkim Ybleg, bez w a s z e j pomocy – ucięła Kerkoma. – Emerp, Adelia i twój ojciec pochodzą także spoza miasta, z zupełnie innej, otwartej Odrodni: oni z wiktoriańskiego, przepuszczalnego obszaru, a ty zapewne z osiedla przygotowawczego nie podpadającego pod żadne konkretne dominium. Tu jest inaczej. Widziałeś, jaką granicę wytoczył tym murem Prezydent. Byty Gubertagimdaszt po wyjściu z miasta, nie wiedzą nawet co jest na zewnątrz. Posiadam tylko teoretyczne wiadomości i nieliczne przekazy na temat Wolnego Nekronu czy, jeśli wolicie, Królestwa Świetlistego. Nie będę ryzykować. Ty i Adelia jesteście więc bardzo przydatni. W dodatku Adelia, jako byt Opegi, posiada znaczącą zdolność negacji. Wiedziałam o tym już wcześniej, ale bytoteraz nabiera to większego znaczenia. – Dlaczego? – spytał Emerp. Kerkoma wzruszyła ramionami. – To oczywiste, malutki. Negując rzeczywistość Gubertagimdaszt i Elementów Zero, twoja niespełniona miłość wyprowadzi nas poza wpływ Prezydenta. Głębiej w Królestwo Świetlistego, szukając drogi, której nie będzie potrzeby negować. Będzie więc działać jak kompas. – A potem? – odezwał się Emerp. Kloka przystanęła. – Co będzie potem? Ja... ja chciałbym wiedzieć... jakie są twoje plany względem nas? – Nie musisz wiedzieć, co będzie „potem” o ile jakieś „potem” w ogóle będzie – wycedziła jurysdyktorka. – Robisz się dociekliwy. To irytujące. Ybleg! – Czego chcesz? – Uważaj na pana półopegowego. On jest tu najmniej potrzebny, bo tylko liznął tego świata. Niech o tym lepiej pamięta. – Dullingel, ja ci odpowiem co będzie „potem” – zignorowałem Kerkomę. – Odnajdę swoją żonę, ty weźmiesz Adelię i każde pójdzie w swoją stronę. Wierzę, że brak wpływu Gubertagimdaszt i Strefy Opega przemieni twoją narzeczoną w jej wcześniejszą formę. Skontaktuję się ze swoim lekarzem. Może będzie wiedział, co trzeba w tej sprawie zrobić. – Bardzo optymistyczne założenie – zaśmiała się sucho Kerkoma ponownie ruszając do przodu. – Cóż, życzę ci powodzenia. – A tobie o co chodzi? – przyspieszyłem, odwracając się w stronę jurysdyktorki. – Czy tego właśnie nie chcesz? Wyjdziesz z miasta. Z bytoczasem stworzysz swoje własne. Mnie to nie interesuje, rób co chcesz. Tylko „potem” zostaw nas w spokoju. – Odczuwam potrzebę poinformowania, że jesteśmy na miejscu – odezwała się zamiast niej, Adelia Szpajcer. Spojrzałem przed siebie. Brama Honoraty wyłamywała mur półokrągłą, jajowatą dziurą. Z tej odległości widziałem, że otwór jaśnieje – gdy przyspieszyliśmy okazało się, że widzimy wypełniającą go mgłę. Przed samym murem i bramą trwała niewidzialna granica: ziemia była tu obita i nie pokryta nexmetalem czy neobetonem. Gdzieniegdzie wystawały martwe krzaki: nic tu nie rosło, trwało tylko w suchym zamrożeniu. Na gołą ziemię nie wchodziły żadne zabudowania, opierając się na niewidocznej barierze jak na odpychającej je sferze. Nie było tu żadnych urządzeń a nawet ich śladu. Czułem, że patrząc na bramę nie mogę spojrzeć za siebie. Była tu cisza: i tylko owe buczenie dochodzące z muru oplatywało wszystko ciężkimi okowami. Tyhleg zamiauczał żałośnie: chwyciłem go na ręce i schowałem za pazuchę blokoubioru. Wtulił się we mnie i schował łebek pod ramię. Negował po swojemu i rozumiałem go. Ja też nie chciałem widzieć. – To... to jest to, tak? – spytał Emerp drżącym głosem. Kiwnąłem głową. – A siły... Prezydenta? – Nie będzie ich tutaj – odpowiedziała mu Kloka. – Nie spodziewa się, że obierzemy tę drogę. Najprawdopodobniej są w dzielnicy Z-Suw podpadającej pod jurysdykcję bytu H-Desk. Tam jest najwięcej pojazdów korzystających z repulsacyjnych odrzutów melodyczno-nekronowych samego gliglo. Juxyerfoyzzax liczy na to, że spróbujemy skraść jeden z nich by przelecieć nad murem. Są bardzo szybkie. Ja bym tak zrobiła. Może też być w Mrocznej Kasyldzie należącej do Zet Mark. Ta jurysdyktorka sama chce się wydostać. Swojego bytoczasu prowadziłam z nią rozmowy na ten temat, ale zostały przechwycone. – Co teraz? – spytałem. Kerkoma uśmiechnęła się. – Już teraz, nie bytoteraz prawda? Jesteśmy blisko. Przejdziemy, Ybleg. Wystarczy tędy przejść. – Pragnę nadmienić, że nie widzę celu w przechodzeniu mojego bytu – odezwała się znienacka Adelia Szpajcer. – Zwracam się z ostatecznym poleceniem wydania bytu Emerpa Dullingela. – Tak przypuszczałam – zgodziła się Kerkoma. Pewnym ruchem przyłożyła do boku niczego nie spodziewającego się Emerpa, swój szpikulec. – A to jest moja odpowiedź. – Idź! – rozkazała, popychając Dullingela przed sobą. Przerażony Emerp, potykając się, ruszył do przodu. Czas zdawał się przyspieszać: byliśmy na granicy horyzontu zdarzeń. Adelia Szpajcer usiłowała dobiec do byłego narzeczonego, ale Kerkoma wciąż była krok przed jej krokiem. Nagle znaleźli się na granicy przejścia – wyglądali na małych w porównaniu z ogromem Bramy Honoraty wznoszącej się na co najmniej pięćdziesięciu metrów. Chyba krzyknąłem. Nie wachając się, weszli w mgłę. Tuż za nimi, na migoczącej granicy przejścia, stanęła Adelia Szpajcer. Zatrzymałem się tuż za nią. Byt Strefy Opega odwrócił się z wolna w moim kierunku. – Nastąpiło przejście w Elementy Zero. W obecnej sytuacji nie widzę celu... – zaczęła, ale nie dałem jej skończyć. Świadom, jak bardzo musi się różnić bytoczas Kerkomy i Emerpa w stosunku do naszego, popchnąłem Adelię Szpajcer w głąb izolanckiej mgły. Patrzyłem, jak znika w odmętach parowatej zawiesiny. Usiłowała czegoś się złapać, lecz przejście było zbyt szerokie. Przeklinając siebie, ją, Bridget, Kerkomę, Emerpa, Klarę, doktora Krafta i własnego ojca – ruszyłem za nią. A tam otoczył mnie wicher. 2007-06-21 14:24:32 skomentuj (0) XI. MIŁOŚĆ Prawdziwa miłość rozciągnięta jest w bytoczasie. Nie jest zamknięta przez skąpe tu i teraz. Nie jest też źródłem radości choć wydawałoby się, że jest inaczej. Nie można jej było nie kochać, pamiętając czym była. Widziałem ją w jej wczesnej dziewczęcej formie, z twarzą usianą piegami, z rozbieganymi i niepewnymi dłońmi. Mogłem pamiętać, jak szła przed siebie: samotnie i pusto, czekając na to, co mogło się wydarzyć i co wypełniało jej odrodniowe ciało. Być może było to przeczucie tego co nastąpi, ale pełne niezrozumiałej dla mnie wiary. A pamiętając czym była i zamykając ją w odrobinie przeszłości czułem smutek wiedząc, że choćbym się starał nie mogę jej uratować; nie mogę jej dać tego, czego potrzebowała naprawdę gdy miłość przestała wystarczać. Dlatego teraz, gdy już poniosła klęskę, byłbym gotów poddać się nawet w imię tego czym była i czym być już nie mogła. Podniosłem się by zbliżyć się do niej i powiedzieć prawdę, lecz powstrzymał mnie skanerysta. Tom Bork ruchem tak szybkim, że niemal umykającym oczom, zagrodził mi drogę swą laską. – To nie jest najlepszy pomysł – oświadczył. – Chyba wiem, co panu dolega, ale rozwiązanie o którym pan myśli... W każdym razie nie w tej bytochwili. Adelia patrzyła na mnie bez słowa. – Co zamierzał zrobić? – spytała Kerkoma. Tom Bork powoli opuścił laskę. Jego skaneryczne gogle obracały się lekko, regulując kąty ostrości. – To, co najpewniej zwykle zamierza wnioskując z pobieżnego skanu – powiedział stukając z zadowoleniem końcem laski. – Jego umysł wykorzystuje najwidoczniej każdą korzystną sposobność, by tego dokonać. Nie mylę się, prawda panie Ybleg? Radzę na niego uważać. Doradzałbym też pośpiech – dodał, odwracając się w kierunku korytarza, którym wszedł na pokład Pęcherza Bytowego. – Pani Adelia raczyła poinformować nas o bytoszybkiej wizycie sił Prezydenta. Przełknąłem martwą ślinę. Prawie powiedziałem już: „nie idę” gdy jurysdyktorka dzielnicy Hylfe złapała mnie za rękę. Jej uścisk był bardzo silny. – Nie wiem co kombinujesz Ybleg, ale wybij to sobie z głowy – wyszeptała z narastającą wściekłością. – Bierz tego swojego ojca. Jesteś mi potrzebny, przynajmniej na razie. Idziemy. Bez dyskusji. – A zatem? – Tom Bork odwrócił się w wyjściu. Kerkoma pociągnęła mnie do przodu. – Idziemy – powtórzyła. Ruszyłem prawie bez oporu. – A ty? – jurysdyktorka odwróciła się w stronę Emerpa. Twarz Dullingela była bez wyrazu. – Ruszysz się, czy nie? – Nie zostawię... – powiedział z wysiłkiem. – Ona z nami pójdzie – uspokoiła go Kerkoma Kloka. – Oczywiście, jeśli ty pójdziesz razem z nami. Jesteś co prawda przekonwertowany w połowie, ale może się przydasz. Decyduj się. – Nie. Nie mogę – wyszeptał Emerp. Jurysdyktorka westchnęła ze zniecierpliwieniem. – Pomyśl, malutki – powiedziała. – Jeśli tu zostaniesz, z pewnością zostaniesz przekonwertowany. Zabierze cię do Strefy Opega gdzie wszystko się skończy. Jeśli pójdziesz z nami, ona pójdzie za tobą. Nie zostawi cię. Z jej punktu widzenia, to nieopłacalne. – Ale... – zaczął Dullingel. Spojrzał na Adelię Szpajcer. Opegowy organizm patrzył na nas bez żadnego ruchu. Czekał. – Ona... nie mogę jej tak zostawić. Nie rozumiecie. – To może nam wytłumaczysz – prychnęła Kloka. – Tylko że nie ma na to bytoczasu. – Nie mogę – zaprotestował Emerp. – Nie mogę powiedzieć. Ja... obiecałem. Proszę mnie zrozumieć. Ja... Wyrwałem się Kerkomie. Nie oponowała zbytnio, gdy szybkim krokiem podszedłem do Dullingela i złapałem go za ramię. Bez słowa pociągnąłem go w stronę wyjścia. Zbyt zaskoczony by zaprotestować jęknął tylko. Był bez wątpienia słaby: nie stawiał dużego oporu. W ślad za nami, radosnym susem skoczył mój ojciec. Najwidoczniej był ciekaw, co kryje się poza Pęcherzem Bytowym. Wychodząc za skanerystą zauważyliśmy jeszcze, jak Adelia Szpajcer rusza do przodu. Szła za nami stanowczym, zaprogramowanym chodem. -+-+-+-+-+- Nigdy nie wyszlibyśmy z Pęcherza Bytowego, gdyby nie skaneryczny przewodnik. Tom Bork prowadził nas przez wąskie korytarze: tunele pełne basowych dźwięków i świstów. Z niektórych sufitów kapały krople ciemnej cieczy, w innych ściany były półprzezroczyste i zamglone. Dwa razy weszliśmy do wypchanych tłokami sal i raz do pomieszczenia wyglądającego jak kopia nawigacyjnej sali. Przyglądaliśmy się działaniom niewielkich, wielonożnych opegowych maszyn. O mało nie wpadliśmy do sztucznych jeziorek czarnej i gęstej mazi. Opegowe dominium Adelii Szpajcer wydawało się być większe wewnątrz niż na zewnątrz. Gdy nagle z niego wyszliśmy, poczułem nekronowe mdłości. – Tędy – powiedział Tom Bork. Staliśmy na długim, zawieszonym w powietrzu chodniku: jednym z wielu, kończących się platformami lądowiskowymi z dołączonymi rurami transportowymi. Nie było tu barierek: wystarczyłyby trzy kroki by dojść do krawędzi z obu stron i spaść w odległe dno lądowiskowego hangaru. Drugi koniec chodnika znikał w galerii, wystającej z kopułowatej ściany. Skanerysta dziarsko podążył naprzód, stukając o chodnik końcem białej laski. Szliśmy za nim: najpierw Kerkoma Kloka, następnie ojciec – czy raczej Tyhleg – i wreszcie ja z Emerpem Dullingelem. W pewnej odległości szła za nami Adelia Szpajcer. Jej czarna suknia wyglądała na rozdętą u dołu – nie widzieliśmy jej stóp, choć na pewno kroczyła a nie unosiła się w powietrzu. Czułem że wpatruje się w nas nie zwracając uwagi na nekrotechniczne wspaniałości hangaru. Nie drgnęła nawet nerwowo, gdy z lewej strony strzeliła przez bytomoment smuga świszczącej pary. – Szybciej – powiedział skanerysta. Przyspieszyliśmy więc. Do galerii zostało jakieś dwadzieścia bytometrów, gdy Kerkoma zatrzymała się nagle i spojrzała w górę. Zrobiłem to samo, niemal na nią wpadając. – Lądują – powiedziała jurysdyktorka. Nie widziałem nic, oprócz czarnych krop na nibyniebie Gubertagimdaszt. – Musimy biec. I pobiegliśmy. Ledwo mogłem nadążyć za skanerystą i Kerkomą. Nawet Emerp zrozumiał powagę sytuacji. Mogłem go już puścić: rozpędził się nieco sztywnym krokiem. Ojciec mauczał i prychał. Gdy wbiegliśmy na galerię, Tom Bork podbiegł do przekładni sterujących rurami transportowymi. Przestawił kilka z nich. Czarne kropy zmieniły się już w nieforemne fasole nekronowych ścigaczy. Największa z nich wyglądała na nekrokorwetę Inqvisitora. Rura H-C na lewo od nas zaczęła syczeć: była najwidoczniej gotowa do wessania naszych postaci. Tom Bork odwrócił się do nas wskazując kierunek. Nie było bytoczasu by podjąć inne decyzje. Skoczyliśmy w czarną czeluść rury. Tak jak wiele razy przedtem poczułem wolność i szaleństwo pędu. Nie byliśmy sami: znajdowało się tu już kilku innych pasażerów: gruby jegomość w rozdętym od nekropowiewu blokoubru, starsza dama patrząca z niesmakiem na bytoczasomierz, jakaś nekromałżeńska para. Rura była dość obszerna i otwierała się na liczne odnogi. System transportowy dzielnicy D-45 uderzał w nas dźwiękami: zupełnie jakby wprowadzone były w niego melodyjne dźwięki gliglo. – Musimy się rozdzielić – krzyknęła Kerkoma Kloka. Rozłożyła ręce: podmuch zbliżył ją do skanerysty. Tom Bork nachylił się. Jego gogle odbijały resztki rurowych świateł. – To naturalnie wykluczone – odkrzyknął. – Musicie znaleźć się natychmiast w Gmachu Jurysdyktora Horo. – Lecą za nami – powiedziała Kerkoma Kloka. – Twój jurysdyktor nie przeciwstawi się Prezydentowi, gdy dojdzie do konfrontacji! – Nie rozumiecie swojej sytuacji – uśmiechnął się Tom Bork. Lecąc w martwym powietrzu wyciągnął laseczkę w kierunku Kerkomy. – Nie macie wyboru. – Ależ rozumiemy od samego początku – powiedziała jurysdyktorka. I zanim zdążyłem zaprotestować, szybkim jak mgnienie oka ruchem, wbiła w skanerystę swój nekronowy szpikulec. Emerp wrzasnął, jak przerażona kobieta. Z piersi naszego przewodnika trysnęły błękitnawe iskry. Tom Bork krzyknął. Krzyknąłem i ja. Skanerysta wykrzywił się: jego spokojną do tej pory twarz wypełnił wściekły spazm. – Teraz! – krzyknęła jurysdyktorka, jakby od samego początku miała taki, a nie inny plan. Nie widząc po nas żadnej reakcji, sama popchnęła do przodu zwinięte z bólu ciało skanerysty. Tom Bork krzyczał coś wściekle: jego gogle wysuwały się i wsuwały na przemian. Opadał jednak w prawo, ku niewielkiemu skrzyżowaniu: kilku rurowym dziurom. Po bytochwili wessała go jedna z nich. – A czego się spodziewaliście?! – krzyknęła Kerkoma. – Czego się spodziewałeś, Ybleg?! Czego się spodziewałeś?! Wciąż trzymała w dłoni ubrudzony błękitną hemoglobiną szpikulec. – Słuchaj – zwróciła się do lecącej za nami Adelii. – Zależy ci na tym twoim Emerpie?! To pamiętaj, że mogę go odbytować w każdej bytochwili, rozumiesz?! Nie jesteś już w swoim Dominium. Spróbuj coś zrobić nie tak, a będzie po nim! Organizm Strefy Opega patrzył na nią bez słowa. Zauważyłem, że jesteśmy sami: nasi współpasażerowie ulotnili się niemal od razu po ataku na skanerystę. – Trzeba odbić w lewo! – krzyknęła Kerkoma. – Wracamy do hangaru! – Po co? – spytałem. Jurysdyktorka machnęła szpikulcem. – Widziałeś tam twarze kontaktowe, Ybleg? Trzeba ustanowić najliższe połączenie z Nekron Ekspresem. Brak nam bytoczasu, a tam nie będą nas szukać. Są przekonani, że wciąż lecimy do Gmachu Jurysdyktora. – Odbytowany... Ty... – wyjęczał Emerp. Kerkoma nawet na niego nie spojrzała. – Ybleg, musimy się cofnąć. Złap ojca i młokosa. Potem złap się mnie. Trzeba odbić się w górę i wyhamować na jednym z rozgałęzień. Dostęp do hangaru powinien być prosty o ile znajdziemy jedną z przekładni. Jeżeli wbijemy się na wyższy poziom lądowiska... – Pragnę nadmienić – przerwała znienacka Adelia – że owe operacje nie będą konieczne. Wciąż zszokowany upadkiem skanerysty, spojrzałem na opegowy organizm. Szpajcer unosiła się tuż obok nas wirując w powolnym, rurowym tańcu. – Co masz na myśli? – spytała Kerkoma. Adelia przekrzywiła głowę i dotknęła lewego ramienia, okrytego strojem Strefy Opega. Metaliczne końcówki i zatrzaski lśniły lekkim pobłyskiem. – Odczuwam potrzebę poinformowania, że wiem jak dostać się na stację Nekron Ekspresu – powiedziała. – To znaczy? – spytałem. Organizm Strefy Opega uniósł się bliżej. Adelia była teraz na wyciągnięcie ręki: wszyscy zaczęliśmy wirować wokół niej, niczym wokół mrocznej i zapomnianej planety. – Konieczne jest wchłonięcie – powiedziała Szpajcer. – Trzeba by byty były... bliżej. – Nie ma mowy – zaprotestowała natychmiast Kerkoma. Adelia drgnęła. – Wiem chyba o co chodzi – odezwał się Emerp zachrypniętym głosem. Szpajcer popatrzyła na niego ignorując mnie, Kerkomę i ojca. – Nadmieniam, iż Dullingel istotnie wie – powiedziała. – Odczuwam potrzebę by przekazać, iż Pęcherz Bytowy działa na podobnej zasadzie. Jako Dominium określone wymiarami w przestrzeni Gubertagimdaszt, może ulec przemieszczeniu niezależnie od zewnętrza. Niemniej jednak... – Nie jesteśmy w Pęcherzu – zaprotestowała Kerkoma Kloka. Adelia dotknęła się białymi dłońmi. – Odczuwam potrzebę... – Skończ już z tymi potrzebami – wycedziła jurysdyktorka dzielnicy Hylfe. Szpajcer spojrzała na nią. Na tej części twarzy, która była dla nas widoczna nie zadrgał nawet jeden mięsień. – Agresywne zachowanie odbierane przez moją percepcję nie ma umotywowania – powiedziała. – Nie ma bytoczasu – odezwałem się, łapiąc ojca. Zamruczał z zadowoleniem. – O co chodzi? Możesz wyrazić się nieco jaśniej? – Nastąpi przejście dzięki dominium. Konieczna jest bliskość – wyjaśniła Adelia. Wzruszyłem ramionami. – Adelia... ona nas obejmie – powiedział Emerp po bytochwili ciszy. Nie patrzył na nas ani na swą ukochaną. – Będziemy blisko. Tak się stało... kiedy ją znalazłem. Zabierze nas, chociaż niedaleko. – Nadal nic nie rozumiem – powiedziałem. – To znaczy... to znaczy, że ona... że Adelia ma swoje prawdziwe dominium w sobie. Ona nie widzi Gubertagimdaszt, tak jak my – powiedział Dullingel. – A ty skąd to niby wiesz, malutki? – spytała zjadliwie Kerkoma. – Ja... ja po prostu wiem. Nie wiem skąd. – Może to kwestia konwersji – rzuciłem. – Czyli jak to jest? Pęcherz Bytowy na duże odległosci, a ta reszta... to twoje „dominium wewnętrzne” na małe? Nie wierzę. – No to uwierz – oznajmiła Kerkoma. – I co? Możesz nas przenieść poza miasto? – Awykonalne – odpowiedziała Adelia. – Nadmieniam, że miasto posiada elementy graniczne. Przejście poza nie jest zatem awykonalne, tak jak i poza elementy dzielnicowe. – Czyli nie wylądujemy w Strefie Opega – stwierdziłem. – Ale możemy trafić do Pęcherza Bytowego – powiedziała jurysdyktorka. – Ona o tym przez cały czas myśli. Tam miała pełną kontrolę, nieprawdaż? – Istotnie. Nadmienię, że taka możliwość istnieje – zgodziła się Adelia. – Współpraca wymaga wszakże zaufania. – Zaufania – jurysdyktorka prychnęła zupełnie jak mój ojciec. – Mam lepszy pomysł. – Tak? – spytał byt Strefy Opega. Jurysdyktorka wyciągnęła w stronę Adelii wciąż mokry od nekronowej hemoglobiny, szpikulec. – Zrobimy tak jak proponujesz. Jeśli jednak okaże się, że przenosisz nas do Pęcherza Bytowego, a nie na najbliższą stację Nekron Ekspresu, wbiję ci to w opegowe bebechy i postaram się, by uszkodzenia były poważne. Podobno poza Gubertagimdaszt można się zrekonstruować. Ale my nie jesteśmy „poza”. Po moim szpikulcu wylądujesz w Elementach Zero. Adelia przekrzywiła głowę. Prawie czułem dobiegający od niej, szum mechanicznej analizy. – Nie ma już bytoczasu – wtrącił zdenerwowany Emerp. – Nadchodzą. Odwróciłem się do tyłu. Istotnie, w końcu rurowego korytarza dostrzegłem byty Inqvisitorów. Lecieli chyba szybciej niż my, wystrzeliwując w ściany coś w rodzaju nexstalowych lin. Podciągali się nimi, na przekór opóźniającym podmuchom nekronowego wiatru. – Zróbmy tak, jak mówi – powiedziałem. – Za bytomoment tu będą. Róbmy to, albo odbijmy w stronę hangaru. Nie czekając na naszą decyzję, opegowy byt Adelii rozpostarł ramiona. Pierwsza zbliżyła się do niej Kerkoma wtulając się w jej okryte ubiorem Opegi ciało. Jurysdyktorka przyłożyła szpikulec do boku Szpajcer. Jej oczy błyszczały szaloną gorączką. Drugi podleciał Dullingel. Objął swą ukochaną ufnie, bez lęku. Zostałem tylko ja. Trzymając w dłoniach Tyhlega podpłynąłem w podmuchu do Adelii Szpajcer. Nie patrząc na mnie, objęła nas wszystkich ramionami. Pachniała prawie tak samo, jak kiedyś. Jej serce nie biło: tak jak i nasze serca. Przez bytomoment czułem ją: mocno i słabo, samotnie i razem. Inqvisitorzy byli bardzo blisko. Słyszałem triumfalne piski wydobywające się z ich głośników. Zamknąłem oczy. Kiedy je otworzyłem, byliśmy już na stacji. 2007-06-12 15:52:34 skomentuj (0) X. PRAWO GUBERTAGU Był wirtuozem. Wirtuozem maszyn. Za życia, byt o aktualnej specyfikacji nekronowej Horo, cenił maszyny za ich szum, chłodną logikę i skondensowaną energię. Otaczał się zatem pięknymi przedmiotami: monitorami systemów, klawiaturami lampowych konsol, pudłami pamięci, kablami i rurami cichych sprzężeń. W jego życiowym dominium, ograniczającym się do niewielkiego pokoju, nic nie mogło umknąć i nic nie mogło być utracone. Na monitorach przesuwały się cyfry i zbiory danych, przechowywanych także na zawalających pomieszczenie nośnikach. Horo niewiele jadł i niewiele pił, zatapiając się w świat technologii. Tak umarł: podpięty do swoich machin, a kiedy odnalazł się w Gubertagimdaszt wskutek losowego działania Odrodni, Prezydent niemal natychmiast przekonwertował go w byt jurysdykcyjny i umieścił w Gmachu dzielnicy D-45. Nowa sytuacja była dla Horo wymarzonym, wyśnionym rozwiązaniem. Podpięty pod końcówki gmachowego Molochu, zatopił się w wirtualną grę zarządzania dzielnicą: grę trwającą wiecznie, żonglerkę- wpływów i nacisków. Odnosił sukcesy. Jako nowy jurysdyktor był na tyle skuteczny, że jako jeden z nielicznych oparł się przepływającej przez Gubertagimdaszt krucjacie Flanzraicha i kilku innym, przemykającym przez Miasto Szaleństwa konfliktom. Ostatnia wojna z dzielnicą Motor Uber, dowodzoną przez jurysdyktorski byt byłego księdza o nekronowej specyfikacji Robak Sop zakończyła się bezprecedensowym sukcesem. Nieduża Motor Uber, wyglądająca jak przerdzewiałe skrzyżowanie bloko-kopuł z cmentarzyskiem pojazdów ze świata żywych (którym to zawdzięczała zresztą swą częściową nazwę) została wchłonięta przez D-45 i z wolna ulegała jej nekromechanicznej formie. Jurysdyktor D-45, zadowolony z sukcesu poświęcił się zaś powolnemu przekształcaniu swojej dzielnicy w wyższą, bardziej zaawansowaną formę. Tyle tylko zdążyła nam powiedzieć znudzonym tonem Kerkoma Kloka, gdy Pęcherz Bytowy zadrgał i z nieprzyjemnym plaśnięciem wkleił się z powrotem w nekronową rzeczywistość Miasta Szaleństwa. Mówi się, że przedmioty i urządzenia Nekronu – a więc i Miast Szaleństwa, takich jak Gubertagimdaszt, ulegają niekończącej się, nekronowej ewolucji. Najwidoczniej tak było i tym razem. Pomimo wysiłków jurysdyktora Horo, spora część dzielnicy D-45 musiała przeskoczyć w następny, choć jeszcze nie repulsacyjny etap rozwoju nekrotechnologicznego. Budowle spowijała gęsta para, a część z nich poruszała się mechanicznie z sykiem i świstem. Trzęsły się wielkie tłoki. Struktura dzielnicy kojarzyła się z Nekron Ekspresem, którego cienki włos zobaczyłem zresztą z wysoka, przemykający obrzeżem jak ruchoma graniczna linia. Pęcherz Bytowy, Dominium Szpajcer opadał z wolna ku D-45, tonąc w parze wyzwalanej przez pracujące chorobliwie budowle. Pogłaskałem ojca i podrapałem go między uszami. Mruczał nadal, siedząc zadowolony na moich kolanach. – Tyhleg – powiedziałem do niego. – Ojcze, wracamy do twojej nekronowej specyfikacji jeśli nie masz nic przeciwko temu. W końcu nie jesteś już tylko głową. – Teraz spróbowałem pogłaskać go po grzbiecie, na co zareagował z wyraźnym zadowoleniem. Nie wiedziałem tylko, czy konwerter przemienił go w żywego czy w nekronowego kota. Jeśli miałby być żywy, konieczne było znalezienie dla niego czegoś do spożycia. Z drugiej strony, nie mógł istnieć w formie obowiązującej w świecie żywych. Był to przecież Nekron, bez względu na to w jakim Mieście Szaleństwa czy Królestwie by się znajdował. A może było inaczej? W końcu był kotem... – Proszę wybaczyć... – Emerp Dullingel zająknął się lekko patrząc na mnie i na kota. Jego ogolona na łyso czaszka z cieniem białych jak mleko włosów zdawała się świecić. – To ojciec pana? – Został przekonwertowany w niesuchowcową, bezpieczniejszą formę nie podlegającą na razie chorobie entropijnej – odpowiedziałem. – Ale tak, to mój ojciec ze świata żywych. Odnalazłem go przypadkowo, tak jak i moją żonę, w dzielnicy przygotowawczej Nekronu. To poza Gubertagimdaszt. – Poza... miastem – powtórzył za mną Emerp. – W Wolnym Nekronie stanowiącym wielkie skupisko poszczególnych dominiów i Miast Szaleństwa – wyjaśniłem. – Królestwo Świetlistego. Wie pan coś o tym? Emerp kiwnął nerwowo głową. Najwidoczniej niewiele rozumiał. Z wyraźnym lękiem – a może współczuciem – odwrócił się w stronę zamkniętej w kokonie Adelii. – Droga pani... – zaczął. – Adelio... rozumiem twoje zdenerwowanie wywołane... – Ona się nie denerwuje – skontrowała Kerkoma Kloka, kręcąc się na swoim fotelu. – Nie wie nawet, co to oznacza, maleńki. Emerp zamrugał i przełknął ślinę. Chyba nie do końca zdawał sobie sprawę z sytuacji. – Adelio... proszę cię. To nie do zniesienia... Przecież... po tym co było między nami... Twoi rodzice. Adelio, twoi rodzice! Proszę cię. Wiesz, że ja.... – Zakochany – zachichotała złośliwie jurysdyktorka dzielnicy Hylfe. – Następny zakochany. Co ty na to, Ybleg? Popatrz sobie, jak żałośnie to wygląda i wyciągnij konstruktywne wnioski. – Drogi panie, nie może pan uciszyć swojej córki? – Dullingel spojrzał na mnie z bolesnym wyrazem twarzy. Nawet podczas wygłaszania takiego żądania nie mógł zaakcentować go gniewnym tonem. Wzruszyłem ramionami. – To nie moja córka. – A tego Ybleg, jeszcze do końca nie wyjaśniliśmy – syknęła złośliwie Kerkoma. Zignorowałem ją. – Poza tym to jurysdyktorka jednej z dzielnic w tym mieście. Jak każdy byt nekronowy pozostała w wieku swojej śmierci, a dodatkowo uległa przekształceniu w pewnych maszynach Gubertagimdaszt – powiedziałem patrząc na zdziwionego Dullingela. – Ma o wiele więcej bytolat niż pan sądzi. Ja zresztą również. Nie odpowiadam jednak za jej poczynania. Niech pan lepiej na nią uważa: jest szalona i nieobliczalna. Może pana odbytować, jeśli zechce. – Właśnie, malutki – potwierdziła Kloka. – Odbytowanie nie jest przyjemne, więc zachowuj się grzecznie. Dullingel nie odpowiedział. Podszedł do zatopionej w kokonie Adelii Szpajcer i wyciągnął rękę, dotykając opuszkami palców półprzezroczystej substancji w którą była spowita. Osad był najwyraźniej lepki jak kominezony pęcherzowe i miękki: po bytochwili niemal włożył w niego dłoń. Niebieskie oczy Emerpa lśniły. Płakał? Musiał spędzić w niewielkim, leżącym w Wolnym Nekronie wiktoriańskim dominium Szpajcerów niewiele bytoczasu, nie licząc szalonej podróży do Miasta Szaleństwa a potem w głąb Strefy Opega. Dawno nie widziałem tak świeżo zmarłego. Czy i ja byłem kiedyś tak żywy i tak zagubiony? – Lądujemy – odezwała się nagle Kerkoma. Wstała ze swego fotela, podchodząc do granicy sali. Wstałem również, stawiając przedtem ojca na cztery łapy. Wyglądał na zadowolonego, z ochotą dając susa naprzód. Może też chciał mieć dobry widok. Czymkolwiek był Pęcherz Nekronowy: nekrostatkiem czy skondensowaną formą rzeczywistości Dominium Szpajcer, Adelia kierowała nim ze sporym znawstwem. Spadaliśmy z wolna ku czemuś przypominającemu wielką stocznię oplecioną rurami transportowymi i siecią wysięgników. Przezroczysta bariera nałożona na wysunięty język nawigacyjnej sali okazała się teraz częściowo przepuszczalna: doleciał do nas stłumiony podmuch nekronowego wiatru. Z wściekłością minęły nas charczące pozagrobowe kruki, nurkując w chmurzastej, gęstej mgle. Podobnie przeleciały obok nas transporty D-45: nekronowe ornitoptery syczące podmuchami pary z zaworów. Jeden leciał wprost na nas, ale Szpajcer zgrabnie skręciła wciąż opadając w dół. Nekronowa stocznia była coraz bliżej: widziałem już dużo szczegółów na jej powierzchni: wyżłobione nexmetalowymi koleinami place, ziejące czernią i parą dziury, rurowato-rusztowaniowe odnóża i hangary bez dachów pełne wyrzeźbionych pędów komunikacji nekronowej, wyglądającej jak półprzezroczyste żylaki. Przez Pęcherz Bytowy przebiła się fala impulsów: ktoś usiłował skontaktować się z pilotażowym stanowiskiem. Adelia być może odpowiadała omawiając szczegóły lądowania i pobytu, ale nie mogliśmy tego usłyszeć. Odruchowo dotknąłem pokręteł pobudzonego egzymontera przez kombinezon: część kontaktowa wysunęła się z przegubu, jakby mechanizm Gubertagimdaszt usiłował wyzwolić się z mojego ciała. Lądowanie przypominało to, co sobie wyobrażałem – opadliśmy w jeden z otwartych hangarów, który natychmiast podczepił się do nas łączami komunikacji i transportowymi rurami. Kokon z plaśnięciem oderwał się od Adelii, która powoli powstała z fotela patrząc się na nas bez wyrazu. Za przezroczystą barierą sali nawigacyjnej widziałem wysokie ściany hangaru pełne dziur, tuneli, galerii nekronowych i urządzeń na pozagrobową parę. Coś na kształt wentylatorów kręciło się tam z wolna i terkotało a liczne, srebrne plamy musiały być twarzami kontaktowymi. Z jedną z nich miałem już okazję rozmawiać na peronie Nekron Ekspresu. – Nadmieniam, iż można zdjąć kombinezony – zakomunikowała Adelia. Złapałem ojca: poddał się operacji uwalniania ze stroju z godną podziwu gracją. Swój ubiór zdjąłem sam: nie było z tym większych problemów. Ciekawiło mnie, co zrobi Adelia. Okazało się, że wykonała kilka skomplikowanych ruchów ręką w specyfice Opegi. Kombinezon opadł, ustępując miejsca opegowemu ubru: Szpajcer znów miała na twarzy półmaskę, choć teraz znajdowało się na niej niewielkie pokrętło. Jej włosy zostały obcięte na krótko i przylegały do czaszki, jak opalizujący hełm. Opegowa suknia, czarna i zwężona a przy tym elastyczna jak smoła, rozszerzała się w okolicach stóp. Pokrywały ją zagadkowe zatrzaski i połączenia. Opegowy organizm wyglądał w niej jak część, którą należało dołączyć do ubioru by zwiększyć jego funkcjonalność. Podejrzewałem, że część sukni i zatrzasków musiała stanowić broń – choć nie potrafiłem określić jej rodzaju. Kerkoma Kloka w swej wiktoriańskiej sukience i bucikach wyglądających na znoszone trampki ze świata żywych i ja sam – ubrany w szarawe blokoubru morianta wyglądaliśmy ubogo na jej tle. Jedynie wpatrzony w hangar stoczni Emerp przebrany w biały, prosty strój spięty szarymi linkami i zaczepami wyglądał tak, jak powinien: jak wpółprzekonwertowany rekonwalescent Strefy Opega. – Z uwagi na bezpieczeństwo, sugeruję nie sygnalizować odmiennych od moich planów w trakcie najbliższego dialogu ze skanerystą lądowiska – powiedziała Adelia. – Byłoby wielce niefortunne, gdybym została zmuszona do zatopienia was w stazie bytoczasowej. – Są tutaj zatrudnieni skaneryści? – spytałem. Szpajcer poruszyła pokrętłem przy swojej masce. Jej głos, podobnie jak głos Inqvisitora, zabrzmiał teraz nieco bardziej naturalnie. Wzdrygnąłem się wiedząc, że jest to symulacja. – Byty skanujące to niezbędny element, konieczny do sprawdzenia naszych intencji i wymóg proceduralny lądowiska-stoczni dzielnicy D45 – oznajmiła. – Z ich strony nastąpi próba sprawdzenia danych w waszych egzymonterach a konkretnie egzymonterze Malkolma Yblega i Kerkomy Kloki. Obecny tu Emerp Dullingel, jako znajdujący się w połowie konwersji w byt Strefy Opega nie posiada takiego nekronowego urządzenia. Podobnie jest z przekonwertowanym bytem ojca Malkolma Yblega. Ja sama jako organizm opegi posiadam inne urządzenie, które nie podda się nekronowemu skanowi. – Pocieszające – wtrąciła Kerkoma. Umilkła zaraz, widząc jak Adelia Szpajcer patrzy bez ruchu na Emerpa Dullingela. Przekonwertowana w byt Strefy Opega, wiktoriańska pannica widocznie chciała mu coś powiedzieć, ale nie wydobyła z siebie głosu. Były narzeczony patrzył na nią z gniewem, a może z rozpaczą? Ruszył nagle w jej stronę, zaciskając nerwowo dłonie. Miękkie podeszwy jego białych butów nie wydawały żadnego dźwięku na posadzce Pęcherza Bytowego. – Adelio... wypuść ich – powiedział. – To sprawa pomiędzy tobą a mną. Domagam się tego! Dobrze wiesz, dlaczego stało się to, co się stało. Nie możesz tego negować bez względu na to, czym jesteś teraz! Wypuść ich i pozwól sobie pomóc! Ucichł patrząc na nią z napięciem. Jego niebieskie oczy zdawały się znów lśnić, jakby na ich dnie tliła się szalona gorączka. – Ciekawe – skwitowała z przekąsem jurysdyktorka dzielnicy Hylfe. – Cóż Ybleg, może ty coś z tego rozumiesz? – Nie – odpowiedziałem. – Ja nie rozumiem już nic. Adelia przekrzywiła ciało, unosząc lekko po bokach pokryte zapięciami i zatrzaskami ręce. Wyglądała tak, jakby coś się w niej złamało. – Jeżeli tego nie zrobisz... – wyjąkał Emerp. – Nie masz... nie masz prawa. Nie możesz mi odmówić. Byt opegowy Adelii Szpajcer wpatrywał się w byłego narzeczonego pustymi, nic nie wyrażającymi oczami. Ciało zdawało się mu falować, suknia przekształcać drobnymi mikrozmianami i falami odległych sprzężeń. Po raz pierwszy pomyślałem, że może cielesne ruchy bytów Strefy Opega mają stanowić symulację emocji, których nie są już w stanie wyrazić skonwertowane twarze. Wszystko jednakże ucichło i zastygło. Adelia przekrzywiła głowę. – Dalsza konwersacja – powiedziała – jest bezowocna. Przewidywane nadejście skanerysty: trzydzieści bytosekund. Nie było już nic do dodania. Czekaliśmy więc na to, co miało się wydarzyć. Na nieuniknioną klęskę. -+-+-+-+- Bytując już tyle bytoczasu w Gubertagimdaszt, zdążyłem przyzwyczaić się do wyglądu skanerystów. Łatwo było ich postrzegać jako półmechaniczne istoty. Z racji, iż ich egzymontery ewoluowały w pozagrobowy, wysoki stopień zaawansowania, skaneryści stawali się jedynie dodatkiem do skomplikowanego, nekronowego mechanizmu. Było to widać nawet po ich zachowaniu. Ich ruchy nie były co prawda tak dziwaczne jak ruchy organizmów ze Strefy Opega, ale wydały się być ponad miarę dokładne i sztywne. Twarze, zakryte przez skanerujące gogle były często zakryte przez ustniki a obiektywy soczewek wydłużały się teleskopowo zapisując i wnikając głębiej i głębiej w pozagrobową rzeczywistość. Skanerysta, który przybył do Dominium Szpajcer wyglądał podobnie – choć nieco inaczej. Dobrze zbudowany, łysiejący i krótko ostrzyżony blondyn w brązowym prochowcu wyglądałby zupełnie normalnie, gdyby nie obecność wszczepionych w jego oczodoły skanerycznych gogli. Tom Bork, bo tak się przedstawił, podpierał się także białą, elastyczną laseczką. Gdyby nie gogle, w świecie żywych wzięlibyśmy go za niewidomego. Ich obiektywy rzucały lekki cień na jego wąskie usta i ogoloną, spokojną twarz. Wydawało się, że świetnie orientuje się w terenie. Musiał przecież widzieć o wiele więcej niż inni. Z pewnością całe nasze spotkanie było zapisywane i przekazywane do stoczni Horo, choć nie miałem pojęcia w jaki sposób. Zanim Tom Bork przemówił przedstawiając się – spokojnym i nie dopuszczającym sprzeciwu głosem – uśmiechnął się lekko, co również nie pasowało do moich wyobrażeń o skanerystach. Po raz pierwszy spotkałem takiego, który okazywał tak żywotne emocje. – Jak zapewne się państwo domyślają, jestem skanerystą lądowiska dzielnicy D45 pod jurysdykcją Horo – oznajmił. – Zostałem wybrany do piastowania tego urzędu z racji dogłębnego przygowania do opcji skanerujących, jeszcze za mojego pobytu w świecie żywych. – Pan żartuje – mruknąłem. Tom Bork odwrócił się w moim kierunku, błyskając czarnymi szkłami gogli. – Bynajmniej. Za młodu sam używałem określenia „skaneryzm”. We wczesnym okresie istnienia stale powątpiewałem w otaczającą mnie rzeczywistość twierdząc, że jest wygenerowana. Ceniłem też ją za jej specyficzny realizm, w który lubiłem „wnikać”. To, pomimo moich późniejszych życiowych przemian, w sposób naturalny predysponowało mnie do zajęcia obecnego stanowiska. – Życiowych przemian? – wtrącił Emerp. Skanerysta spojrzał teraz na niego. – Życiowych przemian – potwierdził. – Stała obserwacja rzeczywistości zewnętrznej wyjaławia i odcina od reszty społeczeństwa świata żywych. W dodatku, niesie ze sobą wielki ładunek ironizmu. Żadna istota żywa nie wytrzyma tak długo w mechanicznej, nihilistycznej formie bez popadnięcia w szaleństwo. Wraz z upływem czasu i starzeniem się ciała, które notabene poddawałem ciągłym ćwiczeniom, etap mechaniczny ulega stopniowej degradacji aż do całkowitego wygaśnięcia. Mówiąc krótko, zrezygnowałem ze skaneryzmu na rzecz cieplejszej i otwartej na życie postawy. Po mojej śmierci, zostałem jednak cofnięty w ramach wyjątku przez Odrodnię do jak najbardziej korzystnej dla Gubertagimdaszt formy. Zawdzięczam to wyjątkowo silnemu uformowaniu wcześniejszej, psychofizycznej struktury. – Przejdźmy jednak do poważniejszych zadań, niż wspominanie odległych stref życiowych – Tom Bork uśmiechnął się ponownie i podpierając się laseczką zbliżył do Adelii Szpajcer. Opegowy organizm stał nieruchomo gdy gogle skanerysty wysunęły się nieco do przodu, z cichym chrzęstem. – Ja rozumiem, nie uda mi się wniknąć w pani egzymonter i zdobyć danych. Pozostają zatem pasażerowie i to zagadkowe zwierzę o wyglądzie kota – nachylił się nad Tyhlegiem, który z zadowoleniem zaczął ocierać się o jego nogę. – To naturalnie konwertowany byt? – To mój ojciec – wtrąciłem. Tom Bork uśmiechnął się szerzej. Jego zęby były idealnie białe. – Oczywiście. Wyjątkowo ciekawa specyfikacja. A pan? – Dyskusja z obecnymi tu bytami nie posiada żadnego celu – odezwała się znienacka Adelia Szpajcer. Patrzyła na skanerystę bez ruchu, co musiało u niej stanowić efekt wysokiego napięcia. – Wyraziłam zgodę na proceduralną obecność bytu skanerującego w Pęcherzu Bytowym, ale znajdujące się tu byty poszukiwane są przez Prezydenta Gubertagimdaszt. Oddanie ich pod jak najszybszą jego jurysdykcję jest wymagane przez prawo Gubertagu. Nadmieniam, iż byłoby niezwykle korzystne jak najszybsze przekazanie zeskanerowanych danych do najbliższej jednostki... – Niekoniecznie – przerwał jej Tom Bork. Z wyraźnym zadowoleniem oparł się na swojej laseczce, która wygięła się niemal w literę „C”. – Lądowanie w dzielnicy Horo, oznacza częściowe poddanie się jego jurysdykcji. To od jurysdyktora Horo zależy zatem kto, kiedy, gdzie i dlaczego zostanie poinformowany. Pobieżny skan wykazuje zresztą dość ciekawą specyfikację nekronową każdego ze znajdujących się tu bytów. Naturalną koleją rzeczy jest zatem stwierdzenie, że może to wzbudzić ciekawość jurysdyktora dzielnicy D45. – Nadmieniam, że obecne tu byty znajdują się pod moją jurysdykcją – powiedziała bez emocji Adelia Szpajcer. – Zajmowany przez nie obszar Pęcherza Bytowego jest opegowym dominium. – Pani opegowe dominium znajduje się jednak na obszarze dzielnicy D45 – podjął Tom Bork. Kerkoma Kloka prychnęła cicho. – Dodatkowo, przebywa ono w stacji lądowiskowej a zatem podlega bezpośrednio prawu dzielnicy D45. Zapadła cisza. – Odczuwam potrzebę poinformowania, że to i tak bez znaczenia – odezwała się w końcu Adelia. – Z Pęcherza Bytowego została wysłana informacja o planowanym miejscu wylądowania. Blokady proceduralne, które stara się pan wprowadzić nie będą miały znaczenia a jedynie opóźnią nieuniknione spotkanie z siłami Prezydenta. – Naturalnie – kiwnął głową Tom Bork. Laseczka zdawała się drżeć pod jego dłonią falą delikatnego śmiechu. – W takim razie pozostaje mi tylko prosić panią, o przekazanie siłom Prezydenta proceduralnych pozdrowień. Jak rozumiem obecne tu byty nekronowe, będą także chciały przekazać przez panią wyrazy uszanowania. Oczywiście mogą to zrobić osobiście, choć nie ma takiej potrzeby. Ze swojej strony udzielam im zezwolenia na wejście do stoczni dzielnicy D45 pod warunkiem bezwłocznego udania się do Gmachu Jurysdyktora Horo. Adelia zastygła. Poruszyła ustami, ale nie wydała żadnego dźwięku. – Szach i mat – odezwał się Emerp. 2007-06-05 10:17:33 skomentuj (0) IX. REMORTIS Na piersi siedział mi kot. Nie mogłem się poruszyć. Moją martwą skórę spowijał chłód, do na wpół przebudzonych uszu docierały fragmenty dźwięków. Nie czułem na sobie ubioru – ktoś zdjął ze mnie nekronowe odzienie. Zamrugałem. Ledwo widziałem okrągłą, niebieską głowę kota i jego lekko zmrużone, pomarańczowe ślepia. Na ich dnie pobłyskiwały srebrzyste iskry. Stworzenie mruczało. Była to bez wątpienia brytyjska lub rosyjska rasa ze świata żywych. Trudno było stwierdzić czy to kot nekronowy. Z tego co wiedziałem, koty były jedynymi stworzeniami, które w znany tylko sobie sposób potrafiły przybyć do Nekronu ze świata żywych i wrócić z powrotem traktując taką wyprawę jak zwykłą, kocią przechadzkę. A teraz jeden z nich siedział na moim nagim ciele. Otworzyłem usta, usiłując coś powiedzieć. Nie było to jednak możliwe. Czułem się martwy: nieruchomy i zimny. Nie mogłem zebrać myśli. Zanim ponownie zamknąłem oczy, kot wyciągnął łapę i z niespodziewaną czułością oparł ją o mój podbródek. Była ciepła i zdawała się żywa: ostatnia rzecz jaką zapamiętałem to miękkie poduszki jej wnętrza. Kiedy ponownie wydostałem się z objęć snu nekronowego, kota nie było. Oblizałem wargi. Drogocenna wilgoć. Kaszlnąłem. Udało mi się też ruszyć palcami. Tym razem byłem znacznie silniejszy. Ile upłynęło bytoczasu? Gdzie byłem? Wytężyłem wciąż niepewny wzrok. Leżałem na nexmetalowym, chłodnym stole. Wisiała nad nim skomplikowana aparatura, pełna nekronowych, szydłowych czujników kontaktowych i bąbli z pęcherzowatym, zielonkawym płynem. Zapewne sączono go w moje martwe żyły: czułem nacisk wpiętych we mnie szydeł. Czy Bridget postanowił przekonwertować mnie w byt Strefy Opega? Szarpnąłem ciałem: byłem jednak zbyt słaby by się wyzwolić. Skoro i tak nie mogłem nic zrobić, postanowiłem się rozejrzeć. Pomieszczenie było średniej wielkości, owalne, zupełnie jakbym znajdował się w wielkim jaju. Ciemne ściany były jednakże nieforemne i wybrzuszone w wielu miejscach elementami nekronowych machin, mrugających błękitnawo-czerwonymi światłami. Były tam i przeźrocza: wypukłe ekrany i lejowate skanery wyświetlały zielonkawe, zamglone obrazy. Migały ku mnie kwadraty sprzężeń i zygzaki wyładowań. Zachrypiałem. Kerkoma Kloka miała rację. Ukarał mnie. Wyróżnił mnie. Zrobił ze mnie to coś. Cokolwiek to było. – Moloch... – wybełkotałem. Język miałem jak z drewna. – Jurysdyktor. Moloch. – Nie jesteś w Molochu, Ybleg. Nie jesteś w Gmachu. – Kerkoma. Musiała gdzieś tu być, ale nie mogłem jej dojrzeć. Z głębi pomieszczenia strzeliły ku mnie strumyczki świetlnych snopków. Oświetliły mnie przez bytomoment i zgasły. Ponownie odkaszlnąłem martwym powietrzem. – Gdzie jestem? Milczała. Czułem, że spokojnymi, małymi krokami podchodzi do stołu i dotyka swymi dziecięcymi dłońmi sterujących konsol tkwiących nade mną urządzeń. – A jak myślisz, Ybleg? – Spedytor Bytoczasowy. Jesteśmy w Spedytorze, prawda? Teraz dotknęła zimnymi dłońmi mojej twarzy i przesunęła mi głowę, tak abym ją widział. Stała tuż obok stołu, ale nie była wystarczająco wysoka by się nade mną nachylić. Jej śliczna twarzyczka nie wyrażała niczego. Tylko oczy patrzyły na mnie z ukrytą, na wpół szaloną pasją. Wyraźnie widziałem w nich – tak często już oglądane – srebrzyste plamki. – Nie, Ybleg. Nie jesteśmy też w Iglicy. Nigdy tam nie dotarliśmy. Spedytor został przechwycony w trakcie bytoczasowego przenoszenia. Jesteśmy w Dominium Szpajcer. – Co takiego? – Byty Strefy Opega tworzą swoje własne dominia, jak i ty to robiłeś w Wolnym Nekronie – powiedziała. – Ale ich dominia nigdy nie staną się Miastami Szaleństwa czy Królestwami. To zamknięte struktury, które mogą trwać w dominiach już istniejących czy w Miastach Szaleństwa jak pęcherze, dziury w nekronowej rzeczywistości. To dominium, to Dominium Szpajcer – powtórzyła. – Poruszamy się w nim. – Najprawdopodobniej to jakaś forma opegowego transportu – kontynuowała jurysdyktorka. – Zamknięte dominium, podporządkowane woli tej twojej Adelii Szpajcer. Sądzę, że unosimy się... o ile to dobre określenie... w przestrzeni Gubertagimdaszt, ale w jakimś nieznanym mi paśmie bytoczasowym. To by tłumaczyło, dlaczego nas nie wykryto. – Przestrzeni? – wyszeptałem. – To znaczy gdzie? W powietrzu? – Ani w powietrzu ani pod ziemią. W paśmie. Pomiędzy – odpowiedziała jurysdyktorka. – Nie oczekuj, że wiem dokładnie gdzie. To technika Strefy Opega. Wiem o niej tylko trochę więcej niż ty, Ybleg. Znów spróbowałem się poruszyć. Niestety, bez skutku. Kerkoma Kloka przekrzywiła lekko główkę, patrząc na mnie z wyraźnym politowaniem. – Nie szarp się, Ybleg – powiedziała. – To nic ci nie da. Szpajcer podłączyła ci Morgum, substancję antyentropijną Opegi. Działa bardzo szybko, ale efektem ubocznym jest bytoczasowy paraliż. – Po co... po co mi to zaaplikowała? – Powinieneś się zobaczyć, po wyjściu ze Spedytora – oznajmiła Kerkoma. – Wyglądałeś jak suchowiec. Cóż, jesteś słaby. Nawet Emerp wygląda lepiej. – Emerp? Gdzie on jest? – Śpij – odpowiedziała Kloka. Chciałem zaprotestować, ale mogłem tylko popatrzeć jak odchodzi od stołu, zapadając w cząstkowe cienie Dominium Szpajcer. Znikła. A ja, istotnie zasnąłem. -+-+-+-+- W nekronowym śnie, w pustce myśli, śniłem o Klarze i o naszym – a później moim - dominium. Była to sfera bloków, wielkich i odrapanych mrówkowców, szarych i wysokich, spowitych w jasne światło. Nad naszym obszarem, przez kilka bytolat spędzonych razem, trwał okres przedpołudniowego lata. W promieniach słońca każdy leżący na ziemi gruz czy wyrastający na opuszczonych podwórkach krzak wyglądał ostro, czysto i twardo. Czy zajmowane przez nas osiedle można było nazwać dominium? Bardziej przypominało opuszczone Miasto Szaleństwa gdyż ciągnęło się kilometrami. Nie mówiłem o tym wcześniej, lecz nazywaliśmy je Osiedlem Zarazy ponieważ nikt nie bytował w pustych domach i nikt nie kroczył przez opuszczone ulice. Były tam tylko nekronowe ptaki i kiedy Klara odeszła zostałem z nimi sam, powoli anektując okolicę, opisując ją w swoich notatkach i fotografując w albumach. Kiedy byliśmy razem i mieszkaliśmy w Osiedlu Zarazy, rzeczywistość Nekronu zdawała się mieć jakiś upiorny sens. Klara pamiętała już wszystko z naszego życia i przestała być nekronową Madonną, którą – nieświadomą kim jestem naprawdę – odwiedzałem w bezimiennym osiedlu przygotowawczym Nekronu, sam jeszcze gubiąc się przecież i z trudem katalogując ulotne wspomnienia. Śniłem o wspólnych spacerach po poszarpanych przez czas korytarzach schodowych klatek. Klara śmiała się, uciekając przede mną w labirynt schodów obramowanych metalowymi poręczami. Była tak bardzo żywa. Kochaliśmy się, jej skóra nie była nekronową formą – a może właśnie nią – elastyczną i miękką, twardą, zimną i rozpaloną. Tak musieli trwać Izolanci – wyzwoleni ze swoich ciał, poddani nieustającemu wiatrowi czasu. Wchodziliśmy do opuszczonych supermarketów, w których migotały cienie nieistniejących bytów. Ale nic nie przemawiało do nas tak silnie, jak bloki. Ich masywne wieże zdawały się trwać poza Nekronem. Często wychodziliśmy na jeden z obszernych balkonów, patrząc w dół: bez potrzeby skoku, czekając, czekając, czekając. W nekronowym śnie szedłem z nią znowu po opustoszałych placach pomiędzy blokami. Klara szła przede mną i nie mogłem jej dogonić, choć odwracała się prawie ku mnie – niemal widziałem zarys jej twarzy. Szeptała coś do siebie a może do mnie, oddalała się i była blisko. Przyspieszałem kroku, ale wymykała się pomiędzy ścianami osiedlowych wież, dotykała dłonią wysokich, pożółkłych krzaków pieszcząc je jakby pozostawiając za sobą dziwaczną bytność. Szedłem więc ku krzakom i dotykałem ich także, uczestnicząc w grze w samotność, odnajdywanie tropów czułości i oddalenia. – Klara... – spróbowałem. Prosiłem. – Klara... Mijaliśmy się. Wydawało się, że płynie pod niewidoczną wodą, niczym Izolant. Czy była już tylko widmową formą? W gardle zbierał się krzyk, spokój zmieniał się w horror. Próbowałem biec, ale dystans nie zmniejszał się. Elementy Zero, tak powiedział. Wyrzuciłem ją w Elementy Zero. To był koniec. -+-+-+-+- – To już koniec – oznajmiła specyficznym tonem Opegi, Adelia Szpajcer. Przekrzywiła się lekko i nienaturalnie w lewo, patrząc na mnie z nieodgadniowym wyrazem twarzy pokrytej przezroczystą woalą. Ubrana w coś, co określiła mianem kombinezonu pęcherzowego, wyglądała jak szczupły, pseudokobiecy pająk. – Z moich obliczeń wynika, że sprzężenie bytoczasowe ze stałą rzeczywistością pozagrobową Gubertagimdaszt nastąpi za dwie bytoczasowe, subiektywne godziny. Wówbytoczas nastąpi przekazanie was siłom Prezydenta. – Adelia... Szpajcer... nie rozumiesz – zaprotestowałem. Kerkoma siedząca w jednym z opegowych foteli umiejscowionych w pomieszczeniu, które z braku lepszych określeń nazwałem w myślach salą nawigacyjną, patrzyła na mnie z pobłażaniem. – Nie możesz nas tak po prostu oddać. Wydostańmy się z tego razem. Chcę, żebyś odeszła razem z nami. Sala, była częściowo przezroczysta. Będąc w niej, siedzieliśmy w czymś w rodzaju dyskowatego balkonu z neoszklanym dachem. Całość wystawała z reszty sunącego do przodu Dominium Szpajcer niczym sztywny język. Widok rzeczywistości na zewnątrz przyprawiał o mdłości. Elementy Miasta Szaleństwa zmieniły się w wyjątkowo realistyczne, ale i rozmazane rysunki szaleńca, rozciągnięte w bytoczasie i bytoprzestrzeni. Czułem, że jesteśmy od nich bezpiecznie odseparowani siedząc na nawigacyjnym języku. Jego nieforemny dysk obrastała tkwiąca z przodu aparatura, wyglądająca jak kawałki rozbebeszonych urządzeń połączonych z pomocą kontaktowych szydeł. W płaskiej podłodze rosły fragmenty nexmetalicznej sieci. Czy język był kapitańskim mostkiem? Otaczały nas fotele i wiszące kokony podobne nieco do siedlisk pilotażowych, z którymi zapoznałem się już w trakcie dzielnicowej wojny. Adelia Szpajcer nie podłączyła się do żadnego z nich. Stała patrząc na nas z wyrazem twarzy, który najlepiej plasował się gdzieś pomiędzy bezbrzeżnym zdziwieniem a gniewem. Jej woala, stanowiaca zapewne część kombinezonu opalizowała gęstymi błyskami zakrzywionego światła. Widziałem wpięte pod jej skórę końcówki znikających w pęcherzowym kombinezonie, mechanizmów Strefy Opega. – Dokąd? Nie odczuwam potrzeby odchodzenia – oznajmiła. Pokręciłem głową. – To po co nas ratowałaś? Adelio... Wysłuchaj mnie. To wina Bridget. On jest odpowiedzialny za twoje przekonwertowanie w organizm Opegi. Oszukał nas wszystkich, by tu nas sprowadzić. Ja... to też moja wina. Ale może uda się ciebie zmienić z powrotem, gdy nie będziemy już w rzeczywistości Gubertagimdaszt. Zastanów się... Odejdź z nami. Nie możesz nas mu oddawać! Zdawało się, że opegowy organizm namyśla się, co odpowiedzieć. Kerkoma zakręciła się w swoim fotelu. Cała sytuacja najwyraźniej ją bawiła. Nerwowo rzuciłem ukradkowe spojrzenie po „nawigacyjnej” sali. Nigdzie nie było mojego nesesera z G-Ojcem. Emerp też zniknął. – Nie rozumiem formy waszych oczekiwań. Nie ratowałam żadnych bytów podlegających jurysdykcji Prezydenta – powiedziała wreszcie Adelia. W jej dziwacznym tonie wyczułem coś na kształt smutku. A może była to jego wyćwiczona symulacja? – Odczułam uzasadnioną potrzebę odzyskania należącego do mnie i podpadającego pod jurysdykcję Strefy Opega bytu o nekrenowej specyfikacji Emerp Dullingel, znajdującego się w stanie przerwanej konwersji. Został on automatycznie wciągnięty w obszar Pęcherza Bytowego, ponieważ znajdował się poza przydzielonym mi moratorium. Nie mogę wziąć odpowiedzialności za przypadkowe ściągnięcie waszych bytów. Konieczne jest ustalenie pobytu najbliższego posterunku sił Prezydenta i zaspokojenie jego żądań. Dokonam tego tuż po wyjściu z przestrzeni pęcherzowej. – Pęcherz Bytowy? – nie zrozumiałem. – Przestrzeń pęcherzowa? Kerkoma ziewnęła. – Tak nazywa swoje Dominium. To najwidoczniej coś w rodzaju statku – jurysdyktorka wzruszyła ramionami. – Przestrzeni pęcherzowej nie rozumiem. Ale wyjrzyj na zewnątrz, Ybleg. To najprawdopodobniej ona. – Adelio, nie musisz nas oddawać – powiedziałem. – Wyrzuć nas poza miasto. Wyrzuć nas w Elementy Zero. Prezydent nie wie, że tu jesteśmy, więc niczym nie ryzykujesz. Musisz to zrobić, słyszysz? Szpajcer przekrzywiła głowę w lewo. Patrzyła na mnie i nagle zauważyłem, że nie mrugała oczami. – Ona nie rozumie – zauważyła Kerkoma Kloka. – Takie postępowanie nie mieści się w logice Strefy Opega. Zaraz usłyszysz propozycję. – Jaką znowu? Adelia Szpajcer odwróciła się i spojrzała na jurysdyktorkę. – Należy przyznać słuszność wypowiedzianej tu kwestii – powiedziała. – Obecna tu jurysdyktorka podsuwa rozwiązanie o charakterze opcjonalnym. – Jakie? – spytałem zrezygnowany. – Prezydent poszukuje bytów Gubertagimdaszt o specyfikacji nekronowej Kerkoma Kloka i Malkolm Ybleg. Opcjonalne rozwiązanie wskazuje na konieczność przekonwertowania obu wymienionych bytów w formę Opegi. – Nie ma mowy! – zaprotestowałem. Adelia Szpajcer odwróciła głowę i popatrzyła na mnie zastygając w bezruchu. Wyglądała, jakby mogła trwać w takim stanie przez całą wieczność. – W takim razie pozostajemy przy rozwiązaniu podstawowym – podsumowała, odwracając się w kierunku pilotażowej aparatury. Najwidoczniej całą naszą rozmowę uznała za skończoną. – Poczekaj... – zaprotestowałem. Adelia nie zwracając na mnie uwagi usiadła w jednym z foteli. Zaczął ku niemu osuwać się kokon: najwidoczniej pilotowanie Pęcherza Bytowego było możliwe dopiero po połączeniu tych dwóch struktur. – Kerkoma, zrób coś! Dlaczego jej nie powstrzymasz? Adelia, proszę... – To jej Dominium, ten cały Pęcherz Bytowy – oznajmiła Kloka obojętnym tonem. – Mogłabym go przejąć, ale nie wiem jak funkcjonuje. Nie znam się dobrze na kunstrukcjach Strefy Opega, Ybleg. Mówiłam ci. – Nieistotne! Przejmij go! – krzyknąłem. Na Adelię Szpajcer spłynął już cały kokon: siedząc teraz w fotelu wyglądała jak otoczona śliską, nekronową folią pełną wypustków i zgrubień. Kerkoma popatrzyła na mnie, jakby nie rozumiała. Jak mogła być taka spokojna? Za bytomoment wszystko miało się skończyć a ona siedziała, zupełnie zadowolona. – Świetnie, Ybleg – powiedziała stukając palcami po poręczy fotela. – Powiedz tylko jak. Co mam twoim zdaniem zrobić? Przewrócić ten fotel? – Rozsądnym i pełnym pozytywnych konsekwencji będzie moja uwaga, abyście pozostali na swoich miejscach do bytoczasu wyjścia z przestrzeni pęcherzowej – nienaturalny głos Adelii dobiegł nas znikąd, tak jakby przemawiał cały Pęcherz. – Byt o specyfikacji nekronowej Malkolm Ybleg i jurysdyktorka dzielnicy Hylfe o specyfikacji nekronowej Kerkoma Kloka powinni założyć na swoje stare ubiory nekronowe kombinezony pęcherzowe, znajdujące się na fotelach. Bez tego udogodnienia, przejście z przestrzeni pęcherzowej do Gubertagimdaszt może spowodować nieprzewidziane konsekwencje bytoczasowe. – Obyś zdechła naprawdę – wyjęczałem całkiem żywotnie, podbiegając do foteli. Kerkoma zakladała już swój, na jej twarz nasunęła się przezroczysta woala. Ubiór przypominał coś żywego, kleił się do blokoubioru, nieprzyjemnie pieścił ciało jak przezroczysty pasożyt. Pająkowate odnóża wychodzące z pleców i będące zapewne końcówkami do nieznanych urządzeń, kojarzyły się z wyglądem ormów. Woala dławiła, wsuwała się do ust i wysuwała z cichym klekotaniem. „Zmienia nas” – pomyślałem. „To nie ubiór, to konwerter Strefy Opega”. Próbowałem kaszlnąć: bezskutecznie. Tak bliska bytność czegoś idealnie symulującego życie była wręcz nieznośna na przemienionego przez Miasto Szaleństwa, odrodniowego ciała. – Skuteczność kombinezonu pęcherzowego jest ściśle zależna od jego przyjaznej asymilacji – głos Adelii Szpajcer rozbrzmiał ponownie. – Pragnę nadmienić, że przewidywany bytoczas przeskoku pęcherzowego skrócił się właśnie do dwudziestu bytominut. Miejsce lądowiskowe: dzielnica D-45 dowodzona przez jurysdyktora o specyfikacji nekronowej Horo. – Nie lądowałabym tam – odezwała się Kerkoma Kloka. – Horo to wyjątkowy szaleniec, opętany wizją dorównania dzielnicy Deblugu pod kątem nekrotechnologicznym. Ten twój Pęcherz Bytowy to dla niego świetna okazja. Zaatakuje i spróbuje zasymilować każde urządzenie pochodzące ze Strefy Opega. – Inny wybór wywoła zbyteczne opóźnienia – oznajmiła Szpajcer. – Konieczne jest jak najszybsze przekazanie waszych bytów pod jurysdykcję Prezydenta. Bytoczas przebywania w przestrzeni pęcherzowej wynosił już około trzech bytodni. Dalsza zwłoka jest stanowczo... – Sama widzisz! – przerwałem jej, usiłując odezwać się przez woalę kombinezonu. – To szaleństwo. Nie będzie nawet pytał, jak znaleźliśmy się na pokładzie Pęcherza. Nic nie rozumiesz! Prezydent to Bridget! To dlatego nigdy nie mogłaś go wchłonąć! Sama tak mówiłaś! – Przez długi bytoczas znajdowałam się w opegowym związku bytowym z bytem Bridget – powiedziała Adelia. Jej głos nic nie wyrażał. – Odczuwam potrzebę poinformowania, że gdyby to byt Bridget był Prezydentem Gubertagimdaszt, wiedziałabym o tym. A Bridget jak sama widziałam, nie bytuje. Nie udało się nawiązać kontaktu z jego izolancką formą. Został najprawdopodobniej odbytowany przez jurysdyktorkę Kerkomę Klokę. Wszystko na to wskazuje. Dalsza dyskusja traci swój sens logiczny. Zaspokojenie potrzeb Prezydenta Gubertagimdaszt to konieczny imperatyw. – Był z tobą, bo to ustalony system zawierania sojuszu Prezydenta ze Strefą Opega! – Przestań, Ybleg – wtrąciła Kerkoma Kloka. – Sam widzisz, że nic to nie daje. Jako organizm opegi będzie święcie przekonana o słuszności przyjętej przez siebie koncepcji. Dla niej zawsze było tak, jak mówi. Nie dopuści do siebie możliwości pomyłki, a jeśli nastąpi rozwiązanie które zaprzeczałoby temu w co wierzy, nawet się tym nie przejmie tylko to zasymiluje. Usiadłem w fotelu, zrezygnowany i pozbawiony nagle sił, jakby mój wybuch był ostatnią pozostałością biologiczną ze świata żywych. – Oddaj mi chociaż neseser, przeklęta idiotko – szepnąłem. – Oddaj mi neseser z głową mojego ojca. Nikt się nie odezwał, rozmazane blokostrutkury Gubertagimdaszt wisiały nad nami i tańczyły w potwornym tańcu. Widziałem, jak przebijamy się przez ściany jednego z budynków, wchodząc w nie jak w rozciągliwe pory na starej skórze. Leciały ku nam podwórkowe place, pękając w połowie i ukazując czarną, pulsującą obrzydliwymi ssawkami dziurę. Byliśmy raz olbrzymi a raz nie więksi od nekroowada. Tonęliśmy w płynnym morzu dzielnic drgających i falujących jak żywe stworzenia, klejących się do siebie – gigantycznych i mikroskopijnych. Zamknąłem oczy lecz chaos nasilał się, dławił. – Emerp. Wzywała Emerpa. Podniosłem powieki. W mózgu szumiało i nagle zrozumiałem, że przestrzeń pęcherzowa ma swoją muzykę urwanych i szalonych dźwięków, brzmiących tak samo jak projekcje Exodusów No-Foodów. Gdzieś musiała być tu turbina sprzężona z gliglo, rozbijającym rzeczywistość pozagrobową na części składowe i mieszającą ją w kotle impulsów. Wzdrygnąłem się, dreszcz przebiegł po skórze otulonej pęcherzowym kombinezonem. Paradoksalnie, wskutek ostatnich wydarzeń byłem żywszy, niż kiedykolwiek przedtem. Dullingel wyrósł z podłogi. Niedaleko foteli wykwitła pulsująca dziura, która wypłuła go z wolna: stojącego, odzianego w kombinezon i całkiem przytomnego. Patrzył na nas ze strachem bardzo jasnymi, niebieskimi oczami. Na rękach trzymał okutanego w kombinezon kota z mojego snu. – Adelio... – odezwał się. Głos miał drżący, choć świadczący o głębokiej kulturze. Przełknął ślinę. – Adelio, czy mogłabyś... – Emerp, oddaj mu go – przerwała Adelia. Dullingel wzdrygnął się: być może po raz pierwszy usłyszał głos swej ukochanej dobiegający z Pęcherza Bytowego. Popatrzył na mnie nieprzytomnie i dopiero po bytochwili podszedł do mojego fotela. Na kolana, ruchem tak ostrożnym że wręcz przepraszającym, położył mi kota. Ojciec zamruczał. 2007-05-21 12:25:40 skomentuj (2) VIII. UPADEK W trakcie starych, nekronowych wojen pod sztandarem Imperatora, niewielki oddział wojsk zapuścił się na Kościste Ziemie. Niebo w tamtej okolicy Nekronu było suche, brązowo-błękitne, przecięte zielonymi żyłami. Aż po horyzont ciągnęły się upiorne pola z wetkniętymi w nie strachami na wróble. W oddali widać było las złożony z czarnych, powykręcanych drzew. Pod butami wojsk kruszyły się czarne kamienie. Rzeki Kościstych Ziem były wyschnięte a ich głębokie koryta wyglądały jak martwe kaniony. Kościste Ziemie podpadały – jak teraz już wiedziałem – pod Królestwo Świetlistego i choć stanowiły swoiste Miasto Szaleństwa, nie przedstawiały sobą korzyści strategicznej. Imperator wydał jednak rozkaz, tak więc ruszyliśmy przed siebie uzbrojeni jedynie w włócznie i nieliczne urządzenia o nazwie Dysciplina, które nie naruszały cielesności danego bytu lecz paraliżowały go z pomocą wystrzeliwanych łańcuchów zakończonych drgającymi hakami. Nie byliśmy wyszkoleni w walce: niewielka grupa wyruszyła zatem na zwykły zwiad, który musiał zakończyć się klęską. Szliśmy w kierunku zabudowań, stojących na granicy lasu. Były to krzywe, rozpadające się niemal chaty pokryte świetlistą pajęczyną. Mieszkali tam ci, którzy wiedzieli że umarli lecz nie potrafili z tym sobie poradzić. Olbrzymi obszar Nekronu jakim były Kościste Ziemie dostosował się zatem do ich potrzeb tworząc tą mroczną krainę. Wyglądała niczym bajkowe piekło: okazało się, że chaty pełne są wystraszonych ślepców, strachy na wróble złożone są z starych kości a nad polami unoszą się zielonkawe opary posrebrzanej mgły. Tak jak każde Miasto Szaleństwa i Kościste Ziemie miały swojego władcę. Było nim dziecko: wychudzony i blady chłopczyk, mieszkający w sercu czarnego lasu. Gdy go odnaleźliśmy był całkiem szalony. Biegał po konarach drzew niczym nagie zwierzę o wielkich oczach, łapał się gałęzi z których zwisały popękane lalki. Negocjacje nie miały sensu: potraktowaliśmy go Dyscipliną aż upadł i zaczął się wić pod naszymi stopami. Ziemia bulgotała pod jego ciałem jak czarna zupa. Ponieważ Imperator nie widział w nim partnera, a tym bardziej lennika jeden z naszych, o specyfikacji Tomstockinger, przebił go włócznią. Ciało zabraliśmy ze sobą, nie pozwalając mu przejść szybkiej rekonfiguracji a Kościste Ziemie stały się Wolnym Nekronem pod władzą Imperatora. Myślałem o tym teraz, patrząc na leżące ciało Emerpa Dullingela. Kleisty pot na jego skórze był wydzieliną szaleństwa: zimny, o kwaśnym zapachu. Miłość doprowadziła go do Strefy Opega i w dodatku była to miłość bardziej zgubna niż moja, bo skierowana do organizmu, który najprawdopodobniej nie wiedział nawet co to uczucie znaczy. Co znaczy jakakolwiek emocja. A może wiedział zbyt wiele? Schyliłem się nad jego ciałem, usiłując je podnieść. – Co ty wyprawiasz, Ybleg? – spytała Kerkoma. Ciało Dullingela nie było bardzo ciężkie, niemniej jednak ważyło swoje. Było też śliskie, co dodatkowo utrudniało utrzymanie go w rękach. – Zabieramy go ze sobą. Nie możemy go tak zostawić – odpowiedziałem. Jurysdyktorka skrzywiła małe, dziewczęce usta. – Chyba żartujesz, Ybleg. Nie zabieramy go ze sobą, to nie wchodzi w grę. – Posłuchaj... – powiedziałem – nie udało ci się skontaktować z Adelią. Nie odnalazłaś mojej żony. Twierdzisz, że jestem ci potrzebny aby wydostać się z miasta, bo pamiętam, że poza nim coś jeszcze istnieje. A ja bez niego nie pójdę. – Ybleg, stajesz się niewygodny – oznajmiła sucho. – Wprowadzasz niepotrzebne komplikacje. I kto ci poniesie twój ukochany konwerter? Zastanów się zresztą... Nie przejdziesz z tym czymś przez Opegową Poternę Lochową. Nie dasz rady. Zatrzymają cię. Bytom ze Strefy na pewno nie spodoba się fakt, że jakiś nekronowy urzędniczyna usiłuje... – Nie obchodzi mnie to – przerwałem jej. – Zabieram go ze sobą. Wiem, że możesz mnie odbytować, ale to mnie już nie obchodzi – dodałem, licząc, że tego właśnie nie zrobi. Kerkoma patrzyła na mnie zimnymi oczami, zupełnie jakby kalkulowała za i przeciw wysuniętej przeze mnie opcji, mojego żałosnego buntu. – Przypomnij sobie zresztą, co sama mówiłaś. Adelia Szpajcer ma nam podobno pomóc przejść przez Elementy Zero. Może z pomocą Emerpa... – Co z pomocą Emerpa, Ybleg? – wycedziła Kerkoma. – Przyjrzyj mu się. To w połowie skonwertowany byt. Do niczego się nie nadaje. Zostaw go, albo zostawię tu ciebie. Beze mnie nie przejdziesz – orm zapamiętał, że wchodziliśmy oboje. Zostaniesz przekonwertowany. Nie masz wyjścia. Zostaw to coś, weź swego ukochanego ojca i bierz się do szukania tej całej Szpajcer. Nie muszę cię wykańczać. Nie masz wyboru. – Teraz wyjdę – dodała. Patrzyłem na nią, zrezygnowany, przegrany, pusty. – Zaczekam na zewnątrz a ty weźmiesz swojego ojca i wyjdziesz do mnie. Nie będę długo czekać, Ybleg. Amelia, jako organizm ze Strefy Opega istotnie jest niezbędna. Będziesz ją więc miał. Ale tego zostaw. Nie przeciągaj struny – zakończyła, opuszczając opegowe mieszkadło. Zostałem sam. Cóż, byłem sam i w towarzystwie jurysdyktorki dzielnicy Hylfe. Puściłem ciało Dullingela i zrezygnowany, usiadłem obok niego. Kerkoma miała rację. Sam nie miałem szans, by wydostać się ze Strefy Opega. Nie mogłem też zmusić Kloki by zgodziła się na zabranie Emerpa. Mogłem dokonać wyboru: zostawić neseser i zabrać ciało, ale to nie wchodziło w grę. W pobliżu nie było też niczego, co pomogłoby mi przetransportować Dullingela. Pozostawało tylko jedno: spróbować go obudzić. Z początku potrząsałem nim, ale jęczał tylko cicho. Podnosiłem mu powieki, ale zaraz opadały. Coraz bardziej zdenerwowany uderzałem go w twarz – nie reagował i na to. Sprawa wyglądała na beznadziejną. W dodatku coraz silniej odczuwałem skutki pobytu w Strefie: zbierało mi się na nekronowe nudności, widziałem też coraz gorzej i nie mogłem zebrać rozbieganych myśli. Nie wiedziałem, ile minęło już bytoczasu. Kerkoma mogła odejść i pozostawić mnie samego. W tej sytuacji miałem dwie opcje: zostawić Dullingela i wydostać się ze Strefy samemu lub spróbować przejść jakoś z nim przez Opegową Poternę Lochową. Nie wyobrażałem sobie tylko, jak miałbym tego dokonać. Nie dam rady nieść przez mroczny tunel ciała i konwertera. Z wściekłością spojrzałem na wciąż mrugającą czerwonym światłem nekrodiodę. Gdyby rzeczywistość mogła nagiąć się do mych żądań, lampka zapaliłaby się na zielono i przekonwertowany w coś nowego G-Ojciec wyszedłby na zewnątrz. To rozwiązałoby przynajmniej część moich problemów. Musiałem przegrać. To było nieuniknione. Gdyby to była powieść, lub bardziej plastyczne rejony Nekronu być może zadziałało by prawo deux ex machina i nastąpiłoby wydarzenie, które uratowałoby sytuację. Ale nie było to możliwe. Pozostawała jeszcze jedna szansa – w wyciągnięciu Dullingela na zewnątrz, poza opegowy barak. Liczyłem na to, że odzyska wtedy świadomość. Było to beznadziejne, ale zacząłem go ciągnąć w kierunku wyjścia. A tam czekał już deux ex machina. Kerkoma Kloka, co zauważyłem od razu, nie mogła się poruszyć. W tył karku wbito jej podobny do jej własnego, choć znacznie większy szpikulec nekronowy. Milcząc, patrzyła się na mnie z wyraźną nienawiścią. Nikt nie musiał jej podtrzymywać, choć ręce miała rozpostarte, zupełnie jakby wisiała na niewidocznych niciach. Chyba rzeczywiście tam były, łącząc się ze szpikulcem w niewidoczny dla mnie sposób. Całe barako-mieszkadło Adelii Szpajcer otaczały karły ubrane w połyskliwe, czarne opończe z kapturami zakrywającymi fizjonomię. Widziałem ich wystające zza dużych rękawów poczerniałe, stare rączki. Blask opegowej poświaty oświetlił na bytomoment wnętrze kaptura jednego z nich: mała, pomarszczona twarz Bridget. Pośrodku karłów stał Inqvisitor. To on musiał unieruchomić jurysdyktorkę. Wyglądał tak samo, jak jego poprzednik z którym rozmawiałem w Prosektoriach. Ubrany w znany mi już czarny płaszcz z wielkim kapturem wyglądał jak wyolbrzymiona kopia towarzyszących mu karłów, czy raczej oryginał z którego zostali stworzeni. Serwomechanizmy podtrzymywały jego kaptur w sztywnej pozycji, nie pozwalając na przeniknięcie światła. Kiedy się odezwał, wzdrygnąłem się na mechaniczny dźwięk jego głosu, przerywany zagadkowymi piskami. – Proszę czekać. Czekać? Na co? Spojrzałem na unieruchomioną Klokę. Poruszała tylko srebrzystymi oczami, nawet zwykłe skrzywienie ust musiało być dla niej bolesne. Ze zdzinieniem odczułem coś na kształt współczucia. Wstałem od wyciągniętego do połowy z baraku Adelii Emerpa Dullingela. Myślałem tylko o jednym: co zrobią z konwerterem. Wyrzucałem sobie, że zostawiłem go w środku, że zabrałem G-Ojca ze sobą. Ale teraz nie mogłem już zrobić niczego, by to zmienić. Inqvisitor rozchylił płaszcz. Przymknąłem oczy. Byłem pewien: to koniec. Zaraz miało nastąpić moje odbytowanie. Odtąd już zawsze będę trwać w izolanckiej formie, pozbawiony odrodniowego ciała. Czekałem. Może to i lepiej. Tak musiało być lepiej. Nic jednak nie nastąpiło. Z wolna otworzyłem oczy. Coś leżało pod płaszczem Inqvisitora – zbitka ciała, zdeformowane dziecko. Nasciturus, Nieurodzony. Widziałem podobne mu poczwary w przeźroczach Korporacji Żywak. Głowa stworzenia wyglądała jak głowa lalki z wbitymi w czaszkę szydłami kontaktowymi. Może to dzięki nim egzystował. Ciało łączyło się nekronowym kablem z wnętrzem płaszcza Inqvisitora. Stworzenie nie miało oczu – tylko puste, przerażające miejsca. – Jestem zawiedziony, mój drogi. Głos był zniekształcony – być może przez źle uformowaną krtań, ale poznałem go. W obecnej sytuacji poznałbym ten głos wszędzie. – To nie jest nawet kwestia zawodu – odezwał się Bridget ustami famulusa. – Powiedziałbym raczej, że jestem rozczarowany. Tak, rozczarowanie to odpowiednie określenie, jakże trafnie opisujące naszą przykrą sytuację. – Mam to w dupie. – Cóż za żywotne określenie! – zacmokał famulus. Nieurodzone ciało usiłowało się podnieść, by lepiej spojrzeć na mnie pustymi oczodołami. – Wygląda na to, że nasz drogi Malkolm całkiem wyzwolił się z Gubertagimdaszt i powraca do starych przyzwyczajeń. Chyba zebrał też resztki, jakże cennego, buńczustwa. A zatem: co mam zrobić z tobą, mój drogi, i z obecną tu jurysdyktorką która najwidoczniej znudziła się jurysdykcją? – Kiepsko wyglądasz, Bridget – zaryzykowałem. Skoro miałem być już buńczuczny... – Dlaczego po prostu nas nie puścisz? I nie oddasz mi mojej żony? Famulus uśmiechnął się bezzębnymi ustami. – Po pierwsze, to co widzisz mój drogi, to tylko jak doskonale wiesz, sposób komunikacji na tyle skuteczny by dobrze funkcjonować na terenie Strefy Opega. Po drugie, nie zdajesz sobie sprawy ze swojej wartości. Jak wiesz, do Gubertagimdaszt – tak jak i do innych Miast Szaleństwa, choć nie zgadzam się z tym określeniem – zmarli trafiają w sposób losowy wskutek działania Odrodni. To zdecydowanie niewystarczające egzemplarze. Nie buntują się przeciwko zastanej rzeczywistości i przez to jej nie wzbogacają. Szybko rozpadają się wskutek entropii, która jak rozumiesz jest niezbędna dla zachowania koniecznych proporcji. Gdyby nie było entropii czy innej formy nadania realizmu, Gubertagimdaszt spotkałby przykry koniec, nie sądzisz? A co do twojej, może nieco przecenionej wartości, jesteś tak jak wielu innych znajdujących się w stanie pernamentnej depresji potrzebny. Jest was, ściągniętych tu przeze mnie niewielu – a teraz przez nieprzemyślane działania pani Kerkomy jeszcze mniej, ale stanowicie niezbędny szkielet na którym opiera się cała koncepcja. – Dlaczego... – westchnąłem. – Dlaczego po prostu nie oddasz mi mojej żony? Zostanę tu, jeśli chcesz. Po prostu mi ją oddaj. – Dość kusząca propozycja, ale nieopłacalna. Co mi po twoim pogodzeniu się z nieżyjącą małżonką? Na co mi twój stan duchowo-uczuciowej stabilizacji? Na nic się wtedy nie przydasz, mój drogi. Klara zawsze stanowiła twój słaby punkt. Wystarczyło, że odbytowałem ją prawie w Wolnym Nekronie a już stałeś się cenniejszym nabytkiem. Nie rób takich zdziwionych oczu, mój drogi. Przecież wiedziałeś, że to ja. – Tak, wiedziałem. – Sam widzisz. Jeśli cię to zainteresuje, mogę dać ci do przejrzenia odpowiedni kajet dokładnie opisujący... – Zamknij się. – Cóż za pretensjonalne stwierdzenie – famulus rozciągnął usta w parodii martwego uśmiechu. – Oczywiście, na miejscu. W każdym razie, twojej żony tu nie ma. Wyrzuciłem ją w Elementy Zero kiedy tylko zorientowałem się, że zamierzasz jej nadal szukać. Nie wystarczała ci jej nowa, lepsza funcja w Korporacji. Po odpowiednim przekonwertowaniu była niedostępna i w tym tkiwł cały urok. Pozostawając niezdobytą, utrzymywała cię w stanie stałej rezygnacji, co pozytywnie odbijało się na współtworzeniu przez ciebie konstrukcji miasta. Co do reszty... Musisz wybaczyć tą całą szopkę z mym odbytowaniem, ale nie mogłem przez cały czas cię niańczyć. Byłeś już odpowiednio dojrzały i kręcący się przy tobie towarzysz nie był już konieczny. A szykowałem ci taką piękną, nową żonkę... Zupełnie świeżą, wyglądającą prawie identycznie jak Klara. Byłby z tobą spokój na kolejne czterybytolata, aż do całkowitej asymilacji. Zostałbyś zapewne jurysdyktorem, mój drogi... byłoby zabawnie. Cóż... – nieforemne ciało famulusa skrzywiło się nienaturalnie – to się jeszcze okaże. Zapraszam do mojej Iglicy. Porozmawiamy sobie. Z użyciem pewnych środków i niezbędnych pomocy stylistycznych. – Zabierzcie wszystko – głos Bridget zabrzmiał obojętnie, zupełnie jakby załatwiał niezbędne formalności. – Odczepcie jurysdyktorkę, szkoda by było uszkodzić. Może pan Ybleg zechce przejąć jej funkcję po przekonwertowaniu. Jeśli nie, pomyślę. Koniec przekazu. – Po co ci to! – krzyknąłem, gdy ciało famulusa wsuwało się z powrotem wgłąb płaszcza Inqvisitora. – Imperator... – Co Imperator? – kabel zatrzymał się na moment, głowa dziecka spojrzała na mnie z pobłażaniem. – Kiedy przybędą jego siły, będę negocjować. Gubertagimdaszt ma spory potencjał. A później... patrzysz zbyt zaściankowo, nie potrafisz objąć całości, mój drogi. Jak myslisz: jak długo sam wytrwałbyś w swoim dominium, nie przekształcając je w miasto podporządkowane własnym regułom? Oczywiście, leżało ono w Wolnym Nekronie, czy jak tam nazywa swoją przestrzeń ten militarysta. Nie dałbyś rady, ale spróbowałbyś zapewniam. Pustka tych twoich blokowych przestrzeni przestałaby ci wystarczać. Zacząłbyś formować industrialne, puste obszary. Już to robiłeś, nie zdając sobie z tego sprawy. Nie będziemy tu zresztą dyskutować. Porozmawiamy w Iglicy. Definitywny koniec przekazu. Coś zgasło w lalkowatych oczach. Kontakt z Bridget został urwany, kabel wsunął się pod płaszcz razem z ciałem. Usłyszałem jęk Kerkomy Kloki: wyjęto jej szpikulec. Jurysdyktorka odzyskała też swoje ręce: z gniewem odepchnęła od siebie jednego z karłów. – Załatwiłeś nas, Ybleg – powiedziała. Gdyby mogła, z pewnością skoczyłaby teraz ku mnie i zakończyła sprawę po swojemu. – Mówiłam: działać szybko. To koniec. Nie zobaczysz już swojej połowicy. Kiedy nie udało się zastosować manipulacji, Prezydent sięgnie po inne środki. Wylądujesz w Gmachu. Tak samo, jak ja. Kto wie, może po dwustu bytolatach wewnątrz końcówki Molochu nauczysz się, jak wysyłać swoją formę widmową? Gratuluję, jurysdyktorze. Ciekawe, co dostaniesz. Idorpo? Myślę, że tak. Karły minęły mnie bez zainteresowania. Zaczęły owijać drżące ciało Emerpa Dullingela w bordowe płótno. Inna grupka przyniosła mój konwerter. Wszystko wskazywało na to, że wydostaniemy się jednak ze Strefy Opega. Co prawda wyobrażałem to sobie nieco inaczej. *** W trakcie krótkiego konfliktu pomiędzy Hylfe a Mohem, miałem okazję przyjrzeć się raz czy dwa krążownikom i korwetom nekronowym. Ich wygląd zależny był od dzielnicowej przynależności. Korweta, do której mieliśmy być zabrani podpadała pod dzielnicę centralną i na jej strukturze zewnętrznej można było zauważyć charakterystyczne dla Gubertagu nekronowe anteny i chwytaki. Zastanawiałem się, w jaki sposób przebijemy się przez kopułę Strefy Opega. Nekrokorweta wisiała nad budowlami jak nabrzmiałe, czarne ziarno wielkiej fasoli. Po obu burtach rozpostarto już repulsacyjne żagle, wyglądające jak dziurawe, owadzie skrzydła. Ku dołowi zwisały nexstalowe liny, łączące się miejscami w kokonową sieć. Za jej pomocą mieliśmy zostać wciągnięci do wnętrza transportu. Korweta buczała. Dźwięk przypominał leniwą, basową syrenę alarmową. Dopiero po chwili dojrzałem, że część konstrukcji przyburtowej odczepia się i spada ku nam, niczym zwiędnięte skrzydło. Najwidoczniej nie byliśmy dla Bridget na tyle ważni, by poświęcać dla nas pracę nekrokorwety. – Spedytor Bytoczasowy. Mamy być szybko – Kerkoma rozwiała moje wątpliwości. – Widziałam taki tylko raz, ponad siedemdziesiąt bytolat temu. – Co to takiego? – spytałem. Skrzydło, wyglądające teraz jak spłaszczone, nieforemne pół-jajo opadło już na ziemię. Otoczyły je karły, regulując coś na jego wypustkach. – Nie będziesz zadowolony, Ybleg – wyszeptała Kerkoma. – Gdybyśmy lecieli nekrokorwetą, trwałoby to dość długo. Widocznie była w pobliżu Strefy, dlatego tak łatwo nas złapano. Spedytor to inna sprawa. Rozciąga się. – To znaczy? – Cóż, Ybleg. Będziemy szybciej niż myślisz. Zapakują nas do środka i podepną, żebyśmy stali się częścią urządzenia – odpowiedziała jurysdyktorka. – Potem całość rozciągnie się w bytoczasie. W pewien sposób, już jesteśmy na miejscu. – Nie rozumiem... – ze zdziwieniem patrzyłem na niepozorny transport. Kloka wzruszyła ramionami. – Gdybyś pchał Spedytora, to dostarczyłbyś go przykładowo po roku na miejsce przeznaczenia – powiedziała. – Załóżmy więc, że go dostarczyłeś. Spedytor Bytoczasowy działa jednak w ten sposób, że już dostarczony łączy się bytoczasowo z samym sobą, przed rozpoczęciem transportu. W ten sposób rozciąga się w płaszczyźnie bytoczasowej i jest w dwóch miejscach na raz. Pozostaje go więc tylko przesunąć w odpowiednie miejsce tak, by stał się sobą w przestrzeni docelowej. Działa na nieco podobnej zasadzie co Opegowa Poterna Lochowa. Dlatego módl się o coś na utratę przytomności. Z reguły odpowiedni środek jest podawany transportowanym, ale Prezydent może mieć inne zdanie. – A po co nam coś takiego? – zdziwiłem się, ale już zaczynałem rozumieć. Przez martwe ciało przebiegł mi dreszcz. – Dla postronnego obserwatora Spedytor Bytoczasowy już jest na miejscu. Ale samo urządzenie pokonuje drogę w normalnym dla siebie bytoczasie. Nie byłbyś zadowolony Ybleg, gdybyś miał być w nim zamknięty bytorok w stanie stałej przytomności. Cofnąłem się o krok. Ale na ucieczkę było już za późno. Grupa karłów włożyła już w otwartą szczelinę Spedytora owinięte ciało Emerpa, znalazł się w środku konwerter z G-Ojcem. Kerkoma Kloka ruszyła pierwsza – zrezygnowana, powolnym krokiem. Po bytochwili zamknięto ją wewnątrz bytoczasowego więzienia. Pozostawałem tylko ja. Inqvisitor, zapewne wyczuwając moje myśli chwycił mnie od tyłu za kark szponiastą, metaliczną dłonią. Popchnął mnie do przodu. Nie miałem sił, by zaprotestować. Z przerażeniem patrzyłem na to, co mnie czeka. Spedytor z bliska wyglądał istotnie przerażająco: martwy owadzi odwłok, kokon nekrośmierci. Jeszcze krok i wepchnięto mnie do środka. Nie zdążyłem krzyknąć gdy zamykano szczelinę, owinięty nagle przez pulsujące żyły urządzenia, bezwolny, przerażony. I nagle: ból, który powitałem z niewypowiedzianą ulgą, ukłucie wbitych pod skórę kontaktowych szydeł wstrzykujących w odrodniowe ciało płyn niepamięci: litościwy, nekronowy sen. 2007-05-01 15:45:11 skomentuj (1) VII. Miłość Adelii Szpajcer Nie tego spodziewałem się po Strefie Opega. Sam nie wiem, o czym myślałem. Może o zaawansowanej dzielnicy w stylu Deblugu naszpikowanego nekronowymi machinami. A może o okolicy powykrzywianej i obcej jak budynki w pobliżu kopuły. W każdym razie spodziewałem się, że wszystko co widziałem w Nekronie i Gubertagimdaszt przygotuje mnie na wizytę w Strefie Opega. Myliłem się. Wiedziałem, że zawsze będę pamiętał Opegową Poternę Lochową. Było ciemno, gęsto i wilgotnie. Nasze kroki niosły się głębokim, tunelowym echem. Kościana biel wiktoriańskiej sukienki Kerkomy Kloki niemal świeciła w ciemności. Jurysdyktorka wyprzedzała mnie o kilka kroków. Widziałem, jak dotyka bladą ręką niewidocznych dla nas ścian przejścia. Zaciekawiony, dotknąłem ich i ja: były mokre, choć chropowate. – Ybleg, nie zapalaj światła – odezwała się nagle Kerkoma. Wzruszyłem ramionami. – A jak miałbym to zrobić? – Na przykład przez egzymonter. Wystarczy rzutować jakiekolwiek przeźrocze. Albo po prostu zapalić zapalniczkę. O ile palisz. – Paliłem. Bytoczasami – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – W sumie dlaczego nie zapalać tu światła? Nie licząc ciebie, nic prawie nie widzę. – Opegowa Poterna Lochowa jest wielka, Ybleg – powiedziała Kerkoma. – Jest potężna, o ile się ją widzi. Dlatego ją zaciemnili. Jeśli zobaczysz ją wyraźniej, wydłuży się w twoim bytoczasie, choć nie poza nim. – To znaczy? – Są tacy, którzy przechodzili tędy bytolata temu i jeszcze nie doszli do wyjścia – zakomunikowała Kerkoma. – Bywa też inaczej, bytoczas rozciąga się tu do olbrzymich rozmiarów. Sama wysłałam tu swojego ministra, Simmela. Denerwował mnie. Wciąż powtarzał, że można wyodrębnić w Hylfe stale powtarzające się formy bytowania społecznego. Jego socjologiczne teorie nie pasowały jednak do nekronowego zarządzania dzielnicą i wprowadzały niepotrzebne zamieszanie. Poleciłam mu, żeby przedyskutował ten problem z bytami Strefy Opega i aby, rzecz jasna, oświetlił sobie drogę. Dotarł do wyjścia po 234 bytolatach swojego bytoczasu. – Co się z nim stało? – Oszalał i chyba przekonwertowano go w organizm opegowy. Zrobili to z litości. Jak widać niewiedza to łaska, Ybleg. Czy raczej powinnam powiedzieć: nie widać. Nic nie odpowiedziałem na taki komentarz. Wystarczyło wyobrazić sobie wychudzonego i wysuszonego starca, gnającego przed siebie w chorobliwym szale w kierunku wyjątkowo odległego wyjścia. Szliśmy. Nie mogłem dostrzec kontur, granicy, wylotu Poterny. Gdyby nie ściany i pewny krok Kerkomy Kloki skręciłbym zapewne w prawo bądź w lewo i zagubił się na zawsze w posępnym przejściu. Chęć oświetlenia sobie drogi była przemożna, zdawała się dławić gardło. – Jest chyba poblask wylotu. Bardzo odległy – odezwała się nagle Kerkoma. – Zamknij oczy. Musimy zamknąć oczy. Czekaj na martwy powiew. Zacisnąłem powieki. Szliśmy teraz zupełnie na oślep, samotni. Pomimo tego wyczuwałem idącą przede mną jurysdyktorkę: słyszałem nasze kroki. Moje serce – poddane prawom Miasta Szaleństwa – nie mogło bić, lecz czułem je pod naprężoną, martwą skórą. Czy rzeczywiście szedłem Opegową Poterną Lochową? Czy jestem tu i bytoteraz? A może byłem tylko wspomnieniem zamrożonym w PAPC? Kiedyś – tak dawno temu! – będąc w swoim niewielkim, nekronowym dominium poszedłem do zapomnianej przez czas biblioteki. Jej budynek znajdował się niemal na granicy zajętego przeze mnie obszaru: zakurzony i brązowy, otoczony kilkoma drzewami. Zdało mi się, że szedłem tam w tej bytochwili: przez pustą ulicę z dwoma trupami pojazdów: wchodzę na popękany chodnik, dochodzę do zapomnianych drzwi. Popycham je i jestem już w środku. Puste korytarze pozbawione są nawet powiewu, na ścianach wiszą obrazy zakrywając pożółkłe tapety. Lubiłem tam przesiadywać i przeglądać książki: tam zapoznałem się choćby z pracami Porfiriusza i jego definicjami bytu. Dawno zmarły filozof wyszedł z założenia, że aby poznać istotę istnienia wystarczy wyjść w swych rozważaniach od jakiegokolwiek przedmiotu i negując go, dojść do jego gatunku by wreszcie zanegować także i jego zbliżając się do istoty bytu samego w sobie. Czy mogłem tak zanegować i samą Poternę? Nie myślałem już o niej, dążyłem tylko przed siebie... a może za siebie? Wszystko przestawało się liczyć zupełnie jak wtedy: w bibliotece, gdy otoczony przez regały martwych i spróchniałych książek usypiałem nekronowym snem samotności i śmierci; zanikający i poddający swoje dominium, zgadzający się na wszystko i na nic, lekki jak liść i ciężki jak niekończący się wyrzut sumienia, rozległy jak pustka. – Już blisko, Ybleg. Już daleko – wyszeptała bez sensu Kerkoma. Jej głos nie przebijał się do mnie, płynął obok. Szliśmy, byle przed siebie i wtedy... poczułem powiew. Istotnie, był martwy – płynął przeze mnie jak mechaniczny oddech. – Jak to zrobiłeś? – spytała Kerkoma. Otworzyłem oczy. Widziałem ją tylko, odurzony i otępiały. Patrzyła na mnie z dziwacznym zaciekawieniem. – Jeszcze nigdy nie przeszłam tak szybko. – Nie wiem. Myślałem... Zbliżyła się a ja patrząc na nią odczułem nagle niewytłumaczalne uderzenie smutku. Był on przejmujący i uderzał w serce tak, jakby wszystko miało się skończyć: ona i ja, Klara, Adelia, doktor Kraft a nawet Bridget. Kerkoma przechyliła głowę. Zdawała się badać moją twarz. Milczała. – Tak, to się jednak przydaje – mruknęła do siebie. Nie spytałem, co miała na myśli, sam ledwo porządkując swoje. Nie patrząc już na nic odwróciłem się z wolna, by stanąć przed Strefą Opega. +++ Kochałem Klarę. Nienawidziłem i kochałem tak bardzo, że brakło mi powietrza. Być może dlatego nie mogłem przestać jej kochać po tym, jak odeszła. Nie mogłem jej wybaczyć tego, co zrobiła ale i nie mogłem próbować myśleć o przebaczeniu. Kiedy była moją nekronową Madonną, moją zapomnianą królową, próbowaliśmy być razem na nowo. Siedząc w nekronowym dominium opanowanym przez industrialny krajobraz szarości i opuszczonych bloków, nie potrafiliśmy odejść z naszego potępienia. Tkwiliśmy w pozbawionych życia pokojach wierząc, że nasze uczucie pomoże wygonić z nich pustkę. Ale gdziekolwiek szliśmy, zabieraliśmy pustkę ze sobą. Zapewne dlatego odeszła, zgadzając się tylko na moje krótkie wizyty. W końcu znikła zupełnie, bym przy pomocy Bridget odnalazł ją w pozagrobowym szpitalu. A może była tam zawsze? W takim kontekście moja wiara w nasze wspólne, nekronowe postpożycie była tylko urojeniem. Może prawda wyglądała inaczej. Klara mogła leżeć w szpitalu chwytając się resztek życia po samobójczej próbie by wreszcie odejść do Miasta Szaleństwa, którego nie było – jak twierdził doktor Kraft. W ten sposób nie byłem już pewien niczego i wiedziałem zarazem wszystko. Czułem to wszystko, patrząc na Strefę Opega. Wyjście z Opegowej Poterny Lochowej znajdowało się na urwisku usypanym ze żwiru. Strefa spoczywała w dole: w wyżłobionej, wielkiej dolinie wyglądającej jak nieforemne skupisko baraków i asfaltowych ścieżek. Nie było tam kolorów, wszędzie dominowała szarość. Baraki wyglądały na wybudowane bez żadnego poczucia estetyki: wyrastały jak betonowe pęcherze z asfaltowej masy, uszczelnione czarną smołą i pobielone miejscami tynkiem. Miejscami widać było szlabany, musiała tu przejeżdżać wagonikowa kolejka. Budynki, gdyż i one znajdowały się w Strefie, nie przypominały baraków lecz pozbawione okien i (jak mi się wydawało) wejść niskie, prostokątne konstrukcje. Nie posiadały spadzistych dachów: ściany wyglądały tak samo jak sufity. Nigdzie nie mogłem też dostrzec głównego Gmachu, który znajdował się przecież w każdej dzielnicy Gubertagimdaszt. Nasuwało się skojarzenie, iż Opega wyglądała jak koncentracyjny obóz, w którym zamiast drewnianych rozwiązań zdecydowano się na beton. Na ulicach – czy raczej asfaltowych ścieżkach i wyłożonych płytami drogach nie widać było nikogo. Strefa wyglądała jak pusty kopiec termitów pozbawiony mieszkańców. – Zaskoczony? – zagadnęła Kerkoma. Kręciła się blisko krawędzi urwiska, szukając drogi w dół. Podejrzewałem, że nierozważny krok mógłby zakończyć się zagrzebaniem w żwirze. – Nie lubią wychodzić na zewnątrz. Podobno ryją też tunele. – Dlaczego tak to wygląda? – zapytałem. Jurysdyktorka uśmiechnęła się. – A jak myślisz, Ybleg? Im nie zależy. Wszystko postawione jest więc na funkcjonalność – odpowiedziała. – Oni są w pewien sposób naprawdę i definitywnie martwi, choć inaczej niż izolanci. Nie przywiązują więc wagi do zewnętrznego wyglądu budowli. Dla nich wszystko jest groteskowe. Chcesz ich zrozumieć? – Nie. Nie wiem. Kerkoma westchnęła. Ruszyłem za nią wzdłuż krawędzi. Żwir chrzęścił przy każdym kroku. – Chodzi o to, Ybleg, że całe istnienie jest dla nich śmieszne i płaskie – wyrecytowała jurysdyktorka. – Z tego co wiemy tych, którzy tu przybyli, czekała konwersja o której nie mamy pojęcia. Nie wiadomo, czy są oni nadal bytami w rozumieniu Gubertagimdaszt. Może to jakaś nowa forma nekronowa? Dlatego, z ich punktu widzenia, nie licząc może PAPC nic nie ma znaczenia. Oczywiście wierzą w swojego Flanzraicha. Interesują ich też abstrakcje. To zresztą nie wszystko. W ich myśleniu na przykład, zaciera się idea piękna czy brzydoty. Istnieje koncepcja, że Strefa Opega nie jest formą z której powstała różnorodność w postaci Gubertagimdaszt a raczej tym, w co wszystko musi się zmienić. – A więc z nami nie pójdzie – stwierdziłem zrezygnowany. Doszliśmy w końcu do krętej, utwardzonej ścieżki w żwirze, wiodącej w dół. – Nie uda się jej przekonać. – Jeszcze zobaczymy – odparowała Kerkoma. – Więcej optymizmu, Ybleg. Są na to sposoby a zresztą jest nam potrzebna. Chyba nie myślisz, że idę po nią z dobroci serca? – Zobowiązałaś się... – Nie zrobiłabym tego, gdyby mi na tym nie zależało. Bez niej nie przejdziemy przez Elementy Zero – stwierdziła Kloka. – A jej rola na tym się raczej nie skończy. Nie pytałem już o nic. Spojrzałem w górę, usiłując dostrzec szczyt sklepienia ale nie licząc szarego nieba nie udało mi się niczego zobaczyć. Kopuła musiała przepuszczać nekronowe światło. Budowle w dole wyglądały na coraz większe, choć raczej nie molochowe: najbardziej obszerne z nich musiały mieć wielkość najwyżej dwu, trzypiętrowych domków. – Jak znajdziemy Adelię? – spytałem. – Budowle nie mają oznaczeń. – Zobaczymy. Nie komplikuj, Ybleg. Jesteśmy już prawie na miejscu. Jurysdyktorka miała rację. Zeszliśmy w dolinę Strefy: ścieżka skończyła się neoasfaltową drogą, wkręcającą się pomiędzy baraki i płaskie budowle. Nic i nikt nie okazało zainteresowania naszym pojawieniem się w Strefie Opega. Kierowaliśmy się więc do przodu, bez żadnego konkretnego planu. Było to bez wątpienia martwe miejsce. W Hylfe, Gubertagu czy nawet w Idorpo można było zauważyć martwą żywiołowość, groteskowe podrygi pseudożywych organizmów trzęsących się przed ostatecznym rozpadem. Tu tego brakowało. W Strefie Opega nie było niczego co udawałoby życie. – Tam – powiedziała Kerkoma pokazując mi obły, niski, szeroki budynek. – W tamtą stronę. – Skąd wiesz? – zdziwiłem się. Budowla nie różniła się niczym od innych, choć należała do jednej z większych. Prowadziła do niej odnoga neoasfaltowej uliczki a przejście zagradzał szlaban zbudowany z kilku rurowatych prętów. – To budowla graniczna. Jest wystarczająco duża i funkcjonalna. Nowo przybyłe z zewnątrz byty nie muszą jej szukać wewnątrz Strefy – odpowiedziała jurysdyktorka. – Poza tym, nie czuję zmian w powietrzu i ciśnieniu. Im głębiej w Strefę Opega tym warunki bytowe trudniejsze do wytrzymania. A tak w ogóle Ybleg, to powinieneś o czymś wiedzieć. – To znaczy? – zainteresowałem się. Kerkoma Kloka stanęła i popatrzyła w moim kierunku. – Niczego nie jedz, nawet jeśli zostanie ci to zaproponowane. Niczego nie pij. Inaczej tu pozostaniesz – oznajmiła. – Miałeś już do czynienia z bytami Strefy Opega ale tutaj nie przejmują się one zasadami panującymi poza Strefą. Jeśli popełnisz błąd w konwersacji, mogą cię przekonwertować. Według nich wystarczy, że wyrażasz podświadomą potrzebę zostania organizmem opegowym. Logika ich myślenia jest dość dziwaczna Ybleg i lepiej, żebyś o tym pamiętał. Mogą przecież założyć, że już jesteś opegowcem z punktu widzenia PAPC tylko, że w tej rozciągłości bytoczasowej nie została dokonana jeszcze twoja konwersja. Nerwowo ścisnąłem uchwyt od neseseru z G-Ojcem. – Jest coś jeszcze? – spytałem. – Coś, co powinienem wiedzieć? – Całe mnóstwo rzeczy, Ybleg – odpowiedziała. – Ale nie mamy teraz bytoczasu na twoją edukację. Trzeba było się tym zająć w Gubertagu, w Korporacji Żywak. Mają dostęp do danych z Muzealiów. Teraz już na to za późno. – Niezbyt to pocieszające – zauważyłem, ale już mnie nie słuchała. Pewnym krokiem podeszła do szlabanu. Ogrodzenie nie drgnęło nawet, nie widziałem też budki drożnika. – Po co to w ogóle ogradzać – zaprotestowałem. Kerkoma Kloka nie odpowiedziała. Zamiast tego popchnęła szlaban w górę. Zapomniałem już, jaka jest silna: rura uniosła się gładko i przejście stanęło otworem. – Widzisz Ybleg, gdyby tu był organizm opegowy, nigdy nie podniósłby szlabanu – powiedziała jurysdyktorka. – Uznałby, że skoro jest zamknięty, to nie należy przez niego przechodzić. Oni przywiązują wielką wagę do swoich zasad, jeżeli jakiekolwiek posiadają. – A gdyby chciał jednak przejść? – zdziwiłem się. Wizja stojącego przed szlabanem opegowca wydała mi się bezsensowna. – Czekałby – oznajmiła Kloka. – Odszedł. Nie mam pojęcia, Ybleg. Zadajesz za dużo pytań. Tędy. Ruszyłem za nią. Od szlabanu do budynku trzeba było przejść jeszcze około pięćdziesięciu subiektywnych metrów. Baraki, czy raczej – opegowe mieszkadła – nie nachodziły na siebie. Wokół każdego z nich unosiła się sfera pustki. Zachowywały dystans. Widziałem już takie miejsca. Nie tylko na przeźroczach z koncentracyjnych obozów świata żywych. Podobnie wyglądały mauzolea i budynki pamięci, w których niewierzący w żadną religię żegnały swoich zmarłych. Cała Strefa Opega zaczęła wyglądać dla mnie jak wielki cmentarz gdzie spłaszczone, proste w konstrukcji grobowce z nexbetonu pełniły rolę mieszkadeł. Bytowali w nich animowani przez egzymonter zmarli, którzy – być może resztką dawnej świadomości – trzymali się pozorów życia jak w groteskowym teatrze mechanicznych kukieł. Czy taka była prawda Strefy Opega? Poczułem nagle, że nie chcę iść dalej i nie chcę spotykać się z Adelią Szpajcer. – Ciekawe echo – zagadnęła Kerkoma. – Twojego egzymontera. – Wyczuwasz je? – spytałem. Wzruszyła małymi ramionami. – Cóż Ybleg: to dość proste. Sam mógłbyś się tego nauczyć. To tutaj. – Co: tutaj? – Wejście. Mogłem się domyślić, że przez podobną fakturę i kolorystykę wnętrza oraz dziwaczne światło pod kopułą, wejścia do budynków maskowały się w naturalny sposób. W budynku, do którego zmierzaliśmy, nie było drzwi. Już zawsze miałem zapamiętać wejście do środka. Było ono jak ponowna śmierć: przypominało spadanie, rezygnację. A było to przecież tylko przejście przez nieforemny próg. Kiedy go jednak przestąpiłem, odczułem zmęczenie wywołane bytolatami w Gubertagimdaszt i bytolatami w Nekronie. Czułem je zawsze ale teraz uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. Może lepiej było zgodzić się na wszystko i pozostać tutaj, rozpaść się i później złożyć w nowej, martwej a przez to żywej formie. Miało to sens: pogodzenie się z nieuniknionym i odejście przy pozostaniu, odcięcie ostatnich emocji. Izolancka forma, która pozostaje w ciele. – Ocknij się! – warknęła Kerkoma. Zamrugałem oczami. Siedziałem na betonowej ławie w środku pomieszczenia. Było ich kilka – ciągnęły się przez całe wnętrze, niemal od ściany do ściany. Jedynym dodatkowym meblem w opegowym baraku była kamienna recepcja, za którą nikt nie czekał i nad którą wisiały jakieś kamienne tablice. Były też co najmniej dwa dodatkowe wyjścia, prowadzące w głąb Strefy Opega. – Nie zamierzam cię niańczyć – oznajmiła Kloka. Wyglądała na wściekłą, choć inaczej niż w moim mieszkadle. – Ledwo wszedłeś a już zmarnowaliśmy co najmniej bytogodzinę. Tyle już tu siedzisz i nie reagujesz na żadne bodźce. Jesteś słaby, Ybleg. Gdyby nie ja, przekonwertowali by cię na samym wstępie. Wstawaj! Prawie nie mogłem się ruszyć. Skupiając resztki sił woli wstałem jednak z betonowej ławy. Kerkoma Kloka przypatrywała mi się z pogardą. – Kiedy ty zażywałeś wypoczynku, przejrzałam pomieszczenie. To coś w rodzaju miejsca ze spisem lokatorów ale niezupełnie. Specyfikacja bytów opegowych wytłoczona jest na tablicach z czymś w rodzaju nekronowego zegara. Odlicza on bytoczasowo do tyłu. – Po co? – zapytałem chrapliwie. Kerkoma podeszła do recepcji pokazując mi jedną z tablic. W głębi ciągnął się korytarz, którego wcześniej nie zauważyłem. Po obu jego stronach wisiały tablice upstrzone językiem nekronu czy raczej: jego opegową odmianą. – To chyba zegary wyliczające bytoczas ich indywidualnego odejścia. Najprawdopodobniej ponownie umierają albo dzieje się z nimi coś innego. Może są obecnie w jakimś poczwarkowym stadium – zamyśliła się. – Podejrzewam coś jeszcze, ale to luźna spekulacja. Nie mamy bytoczasu, żeby to teraz analizować. – Chcesz powiedzieć, że wiedzą, kiedy ich bytowanie się skończy i przychodzą tu sprawdzić, ile im jeszcze zostało? – wychrypiałem. Jurysdyktorka uśmiechnęła się. – Zapewne. Cóż, dla nich to nie ma znaczenia, Ybleg. Mają przecież swój PAPC. – Chodźmy stąd – nie czekając na nią, ruszyłem w stronę jednego z wyjść. Kerkoma podskoczyła w moją stronę i chwyciła za rękę. Jej uścisk przytrzymał mnie w miejscu: nie byłem w stanie się poruszyć. – A ty dokąd się wybierasz? – prychnęła. – Nigdzie beze mnie nie pójdziesz. Nie wiedziałbyś nawet, jak stąd się wydostać. Zresztą, wiem już gdzie jest ta twoja Szpajcer. Jej zegar wisi nad recepcją. Widocznie tam umieszczają w miarę świeżo przybyłych. Jeśli chcesz wiedzieć, zostało jej niewiele bytoczasu. Ciekawe, co z nią będzie... – Zostaw... – powiedziałem. Puściła moją rękę. – Sam nie wiesz co się z tobą dzieje, Ybleg – powiedziała. – Zobacz, zapomniałbyś swojego cennego nesesera. To miejsce wpływa na twój egzymonter, dlatego chcesz iść przed siebie i dać się zopegować. Nie oponowałem. Balem się tylko ponownie usiąść. Usiąść tu, oznaczało ponownie umrzeć. Niebezpieczeństwo Strefy Opega zaczęło do mnie docierać. Byłem w licho wyglądającym, najbardziej groźnym miejscu w Gubertagimdaszt. Jurysdyktorka patrzyła na mnie z wyczekiwaniem. – No, chyba już lepiej – powiedziała po bytochwili. – Dasz radę iść. To niedaleko. – Ktoś mi... ktoś mi powiedział, że egzymonter to nie tylko urządzenie nagrywające. Na pewno nie tylko tyle po tylu bytolatach. – Ten ktoś miał rację – podsumowała Kerkoma Kloka. – Jeśli już się wygadałeś, możemy ruszać. +++ Ulice Strefy Opega albo niczym się od siebie nie różniły albo to my nie potrafiliśmy tego dostrzec. Idąc pomiędzy podobnie wyglądającymi barakami ze szlabanami i szerokimi lecz niskimi, prostokątnymi budynkami miałem wrażenie, że byłem tu już wcześniej. Może tak było. A może miałem być tu zawsze, co według opegowych bytów rzutowało mój stan istnienia w przeszłość, przyszłość i teraźniejszość. Tak było w świecie żywych: świadomość śmierci, która zdaje się im nieskończona i druzgocząca, pokrywa ich byt cieniem wieczności. Nie miałem pojęcia, jak mamy znaleźć barak Adelii Szpajcer. Kerkoma najwidoczniej wiedziała dokąd należy iść: szła szybko i pewnie. Ledwo mogłem nadążyć za jej krokami. Jeżeli spodziewałem się zmiany krajobrazu, to srodze się zawiodłem. Wszędzie było tak samo: barakowce, niskie budowle z neobetonu. Żaden z budynków nie wyróżniał się specjalnie na tle innych. Kilka razy minęliśmy barak podobny do budynku z zegarami. Trafiały się też konstrukcje przypominające małe kopuły. W kilku dostrzegłem chyba sylwetki opegowców, ale nie podchodziliśmy bliżej by to sprawdzić. Strefa zawierała jeden tylko element, który mógłbym uznać za dekoracyjny. Gdzieniegdzie, tam gdzie krzyżowały się nexasfaltowe alejki i ścieżki wybudowano szare, wyglądające na odlane z metalu, ronda. Stały na nich czasze wyglądające jak wielkie, kamienne misy. Być może zapalano w nich czasem płomienie: na ich dnie zauważyłem resztki nekronowego popiołu. Obok czasz stały i niewielkie słupy, wyglądające jak duże urny pozbawione ozdób. Gdyby zdjąć z nich lekko spadziste pokrywy, wyglądałyby jak końcówki kominów lub wyjątkowo ciasnych rur transportowych. A może były to kanały wentylacyjne? Po co tylko bytom Strefy Opega, nekronowe powietrze? Barak Adelii Szpajcer znaleźliśmy po niesprecyzowanym bytoczasie. Nie wiedziałem, ile go upłynęło idąc wśród hipnotyzujących i wciąż takich samych krajobrazów. Budowla wyglądała na typ kopułowy. Po za tym szczegółem wyglądała tak samo, jak pozostałe budynki. – Gotowe – oznajmiła Kerkoma. – To tutaj. – Skąd możesz wiedzieć? – Trzeba było przyjrzeć się układom na skrzyżowaniach, Ybleg – oznajmiła tajemniczo. – Nie wiem do czego służą tamte przedmioty, ale ich rozmieszczenie jest dość przydatne i opisane na tablicach. To tu: jestem pewna. Idziemy? – Tak... tak. – zgodziłem się niepewnie. Jurysdyktorka nie dała się prosić i szybko wyforsowała się naprzód. Przyspieszyłem także: przeczucie ponownego spotkania Adelii Szpajcer dodało mi nadwątlonych sił. Szybko wyprzedziłem jurysdyktorkę. Wszystko wskazywało na to, że będę pierwszym, który dostanie się do opegowego mieszkadła. Nie było z tym większych problemów, choć uczucie przechodzenia przez próg nadal nie należało do najprzyjemniejszych. Czego się spodziewałem? Myślałem, że ujrzę Adelię siedząca na jednej z kamiennych ławek lub, że jej opegowe mieszkadło będzie jednym, wielkim pokojem pełnym dziwacznych sprzętów. Rzecz jasna, było inaczej. Ściany pustej w środku, barakowej kopuły były upstrzone kamiennymi półkami, wyglądającymi jak zamurowane i bardzo głębokie okna. Całość przypominała nieforemny plaster wykuty byle jak, bez jakiejkolwiek inwencji. Część wykuszy musiała być odnogami prowadzących w głąb tuneli, choć mi przypominały raczej coś zupełnie innego – coś, o czym nie chciałem pamiętać ze świata żywych. Otwory wyglądały na puste a przynajmniej na takie wyglądały. Spora ich część była zaciemniona. Kerkoma Kloka milczała. Minąłem ją i stanąłem pośrodku opegowego mieszkadła. – Adelia.... Adelio? – wyszeptałem. Głos choć cichy niósł się echem po pomieszczeniu. Nikt nie odpowiedział. – Nie ma jej tutaj – stwierdziła Kerkoma. – Musi tu być! – zaprotestowałem. – Adelia! Tym razem coś usłyszałem. Jęk? A może szmer? Zacząłem się rozglądać, ale niczego nie mogłem dostrzec. – To na nic – stwierdziła Kloka. Nie zamierzałem się jednak poddawać. Beznadziejność całej sytuacji dodała mi martwej energii. Nie zwracając uwagi na zdziwioną jurysdyktorkę, postawiłem neseser z G-Ojcem i chwyciłem rękami za obrzeża nieforemnych półek. Mówi się, że nekronowe ciała odtworzone rzekomo przez Odrodnię, jeśli trafią w inne miejsca niż Miasta Szaleństwa nie mogą się męczyć. Była to oczywiście bzdura: stan przypominający zmęczenie (lub samo zmęczenie) był dobrze znany każdym zmarłym, bez względu na miejsce ich pobytu. Byłem zmęczony ale i tak zamierzałem wspiąć się na górę i przejrzeć każdy z wykuszy. Było to dość łatwe: w kilka bytosekund wszedłem na wysokość czterech subiektywnych metrów. Widziałem stąd, że dalej będzie gorzej: kopuła zwężała się ku górze. Z pewnością nie było szans na osiągnięcie wszystkich otworów. Zaglądałem do środka „okien”, pomimo głośnych ostrzeżeń Kerkomy. Z części dobiegał zimny powiew: musiały być to tunele wiodące w dół, ku trzewiom Strefy Opega. Niektóre pokryte były kleistymi sznurami przypominającymi pajęczyny. W innych migotały czerwonawe światła. W następnych widziałem jasne plamki, świadczące o odległym wylocie. Czy było to znane ze świata żywych specyficzne rury transportowe, którymi zmarli dostają się do Nekronu? Ale jęk dochodził z otworów wyżej. Dotarłem do nich, z trudem utrzymując nogi na niższych półkach. – Tam coś jest! – krzyknąłem, wsadzając do środka rękę. Jęk z wewnątrz nasilił się. Czułem coś pod palcami: chłodnego i wilgotnego. – Złaź, Ybleg! – krzyknęła Kerkoma. Musiała być wściekła i obawiałem się, że zaraz wejdzie za mną by dokończyć to, co zaczęła entropia. – Przekonwertowany na nic mi się nie przydasz! – Za bytomoment... – zacząłem i urwałem. Czyjaś silna dłoń złapała mnie za rękę. Zdusiłem w płucach okrzyk, nogi ześlizgnęły mi się z dolnych wykuszy. Tym razem krzyknąłem. Wisiałem w powietrzu, trzymany przez niewidoczną dłoń. – To Adelia! – krzyknąłem w stronę jurysdyktorki. – Nie pozwoliła mi spaść! Trzyma mnie! – Ybleg, złaź na dół! Szarpnąłem się i zacząłem zsuwać. Adelia (o ile była to ona) ściskała mnie kurczowo wciąż dziwacznie jęcząc i zawodząc. Poderwałem się w stronę opegowej dziupli, łapiąc Adelię za niewidoczne wciąż dla mnie ramię. Najwidoczniej nie próbowała mnie wciągać do wewnątrz. Wręcz przeciwnie: usiłowała się wydostać. – Ybleg – głos Kerkomy promieniował zimnem. – Ybleg, ty nekronowy kretynie! To nie może być Adelia. Wyczułabym jej specyfikację nekronową. Jej tu nie ma. – To co mnie trzyma?! – krzyknąłem ze złością. Ciało wewnątrz jęczało i trzęsło się. Ściskana przeze mnie skóra stała się nagle wyjątkowo nieprzyjemna: śliska i chłodna jak owadzi odwłok. – Nie wiem. Zmarły? Izolant? Może cała ta Strefa Opega to jedyna prawdziwa Odrodnia i przerwałeś jakiś cykl? Nie mam pojęcia, Ybleg! Puść to coś i złaź na dół! Na to było jednak za późno. Jeszcze jedno gwałtowne szarpnięcie i leciałem w dół, w ostatniej chwili łapiąc się kurczowo za jeden z dolnych wykuszy. Ciało wypadło przede mną i uderzyło głucho o posadzkę opegowego baraku. Leżało teraz tuż obok Kerkomy. Zerknąłem na nie schodząc, wciąż jeszcze rozdygotany. Był to młodzieniec, najwyżej osiemnasto lub dwudziestoletni według rachuby żywych. Półnagi, owinięty w białe poszarpane szmaty. Szczupłe ciało całkowicie ogolono, choć białe jak mleko włosy zaczęły już porastać kształtną czaszkę. Leżał tam i dygotał, wciąż jęcząc. – Przerwałeś mu chyba konwersję, Ybleg – stwierdziła Kerkoma. Z zaciekawieniem nachyliła się nad młodym ciałem, wciąż śliskim od zimnego potu. – Ładniutki. Byłby z niego piękny opegowiec. – Nie bądź śmieszna – zaprotestowałem, stając z powrotem na ziemię. Podobne rzeczy wygadywał kiedyś Wilhelm. – Nie możemy go tak zostawić. – A po co nam on? – spytała Kloka. Wyglądała na szczerze zdziwioną. Trąciła młodzika swoim znoszonym, trampkowatym bucikiem, nie pasującym za bardzo do reszty jej wiktoriańskiego stroju. – Co najwyżej przyciągnie tą całą Szpajcer. – Dokładnie – kiwnąłem głową. – Musimy go uspokoić. Chyba nic sobie nie złamał? – On jest w połowie przekonwertowany, Ybleg – Kerkoma wzruszyła ramionami, jakby moje pytanie nie miało sensu. – Ale zaraz sprawdzimy. Masz może coś ostrego? – Ostrego? Nie. A po co ci... – urwałem, zauważając co jurysdyktorka wyciąga zza falban swojej sukienki. – Nie szkodzi – oznajmiła. W palcach trzymała niewielki, srebrny szpikulec przypominający nieco kontaktowe szydła. – Ja mam. Zupełnie zapomniałam. Nie ruszam się bez tego. Szydło kontaktowe. Moje własne. Za bytomoment będziemy wszystko wiedzieć. – Poczekaj... – zaprotestowałem. Ale nie zwracała już na mnie uwagi, tylko z wyjątkową wprawą wbiła srebrzystą igłę w obojczyk nieszczęśnika. Młodzieniec zadrgał i ucichł. – Co zrobiłaś?! – krzyknąłem. Spojrzała na mnie, jak na szaleńca. – Nic mu nie jest. Popatrz, Ybleg – wyrwała szpikulec – hemoglobina nie jest jeszcze przekonwertowana, tylko błękitnawa. Widzisz? – Tak, widzę... – skrzywiłem się. Z otworu na ciele biedaka wypływała nibykrwista, gęstawa ciecz. Kerkoma Kloka przechyliła głowę, przypatrując się jej z wyraźnym zainteresowaniem. – A teraz zobaczysz pewną jurysdyktorską zdolność i będziemy wiedzieć już wszystko – nachyliła się i ku mojemu przerażeniu, przytknęła usta do świeżo otwartej rany, wysysając nieco półopegowej, martwej krwi. Widok sparaliżował mnie na bytomoment. Kloka piła opegową krew nie zwracając na nic uwagi. Po bytochwili uniosła głowę i wypluła część niebieskawego płynu. – Nic mu nie jest – powiedziała oblizując wargi. – Ocknie się. Poczekaj. – To było.... – zacząłem ale urwałem patrząc, jak jurysdyktorka zastyga i wywraca oczami do góry. Kerkoma Kloka przestała się poruszać. Tkwiła nad ciałem jak blady, nienaturalny posąg marmurowego dziecka. Pod jej trzepoczącymi powiekami widać było srebrzyste białka. – Mam go – oznajmiła martwym głosem. Zadrgała nienaturalnie, zupełnie jak opegowy organizm i powoli wstała od leżącego ciała. Poruszała się dziwnie: zupełnie jakby była pod wodą. – Co masz? – spytałem. Cisza. Jurysdyktorka schowała szpikulec i spojrzała na mnie. Wyglądała na nieobecną, jakby nie wróciła jeszcze ze swojej dziwacznej podróży. – Jego nekronową specyfikację. – I? Jaka ona jest? – Emerp – oznajmiła, uśmiechając się do mnie z zadowoleniem. – Emerp Dullingel. Tak właśnie go nazywano w Nekronie. To jego specyfikacja nekronowa nadana mu przez Odrodnię. Co tak patrzysz, Ybleg? – zdziwiła się. – Znałeś go? – W pewnym sensie – oznajmiłem sucho. Młodzieniec nie poruszał się, leżąc jak zapomniany przez Adelię przedmiot: część wyposażenia mieszkadłowego baraku. – A więc przylazł za nią aż tutaj... nieszczęsny głupiec. – O czym ty mówisz? – spytała Kerkoma. Skrzywiłem się. Czy mogłem go oskarżać? Czy w gruncie rzeczy nie zrobiłem i nie robiłem nadal tego samego? Leżał tam teraz: półopegowa, naga porażka. Miałem ochotę splunąć. – Tak, znam go. Historia lubi się powtarzać. 2007-04-13 10:17:11 skomentuj (3) |
|